Epilog: Marzyciel bez wyobraźni. /// niedziela, 23 marca 2008
Al.




Tamtego popołudnia prawdopodobnie by go zabił. Jedynym niefortunnym zbiegiem okoliczności była martwość nachalnego mu osobnika. Los rzeczywiście bywa bezczelnie wręcz niesprawiedliwy. Powiedziałby ktoś, że życie Śmierciożercy podlega Fatum. Nie pozwala ono sprowadzić indywiduum na ziemię po raz wtóry. Właściwie to pod ziemię. Powiem wprost, nie wiem, czyście państwo pojęli tę prostą prawdę. Noah lewitował w powietrzu, nie da się ukryć - choć on sam siebie osłonił niewidzialnością. Siły ciężkości pozbawił go znany nam jegomość. Ten kochający uśmiech pewnej porcelanowej laleczki, co niepokornie upadła, stłukła się i skończyła na cmentarzysku dziecięcych zabaweczek.
Owego popołudnia – de facto było to grubo przed dwunastą, zdajmy sobie jednak sprawę, że wdowcowi czas zaciera się w paćkę stworzoną ze snów i mdłych koktajli owocowych – po raz ostatni pokazał naszemu bohaterowi, jak bardzo irytujący być potrafi. Do doprowadzenia gościa do zaskoczenia zmieszanego z chęcią mordu wystarczyło jedno kobiece imię.
Dilys.
Następnie nastąpił mało dramatyczny trzask niedomykających się drzwi. Trzeszczały jeszcze długo, jakby zastanawiając się, czy pozostać w takim stanie, a może jednak się łaskawie zamknąć. Szaro-kolorowa klatka schodowa prezentowała się wyjątkowo nieciekawie. Aż dziwne, że cokolwiek może być aż tak nieatrakcyjne dla oka widza. Największy absurd stwarzało okno znajdujące się właśnie na niej, a właściwie to widok, który prezentowało z nieuzasadnioną dumą. Sad jabłoni o białych kwiatach i drewniana huśtawka, której oryginał rozmontował w ciepły, słoneczny wieczór Czas, mając za obserwatora jedynie bzyczącego komara. Jeszcze do niedawna istniała w pamięci pewnego mężczyzny i pewnej kobiety. Aktualnie jedynie w nocnych marach i tu, teraz, w zakończeniu tej historii o niczym. Bo czymże innym jest miłość, która nie pokonała śmierci, jak nicością niewartą uwagi?

*

Zima się skończyła. Myślał, że brak wszechobecnej bieli zakończy czas agonii. Mylił się. Przyszła wiosna. Czarowna, kwiecista, bezsensownie radosna. Jednak minęła i ona, odeszła wśród żalów do bezdusznej przeszłości i niechcianej przyszłości. O teraźniejszości nie myślał już od dawna, ona zwyczajnie nie istniała. Tak jak niegdyś jutro, nienadchodzące nigdy we właściwym terminie; niezgadzające się z wyrywanymi kartkami z kalendarza. Do rzeczywistości natomiast nie należał, nie był jej kolejnym podwładnym, on był czymś ponad – albo pod.


Na rogu Pokątnej i jakiejś zazwyczaj ignorowanej ulicy, którą zwano ( raczej z przyzwyczajenia niż z jakiegoś konkretnego powodu) Adekwatną, znajdował się lokal o niezwykle chwytliwej nazwie i niezwykle pomarańczowych firankach. „Dalia” łączyła w sobie to, co idealny lokal powinien w sobie zawierać. W niej można było zniknąć. Gdy wchodziło się wewnątrz (wraz z sympatycznym skrzypem) reszta ludzkości popadała uprzejmie w absencję. To wystarczyło, by reszta jej zalet wydawała się niewarta wspomnienia.
Fotele, w którym człowiek się zapadał. Kawa, która sama wpływała w klientów, rozgrzewając rozkosznie organizm. Czekolada z papryką odzierająca przełyk sadystycznie ze śluzówki. Lampy nie tyle dające światło, co pochłaniające ciemność. Wszystko tu wydawało się nie istnieć, a być właściwie złudzeniem.
To wszystko było ignorowane na rzecz chwilowego nieistnienia. W końcu czy ludzie pragną czegoś więcej niż parominutowego urlopu od rzeczywistości?
To właśnie tu Peverell odliczał czas filiżankami mocnej czarnej kawy nieprzyjemnie kontrastującej z bielą jego dłoni. W tym oto miejscu także rozmyślał, choć starał się tego nie robić.
Tworząc w głowie setny list do nieistniejącego odbiorcy, zapominał o jego niebycie i wcześniejszym postanowieniu bezczynności umysłowej. Myśli jego skrobały po każdym wnętrzu każdej szufladki znajdujących się w absurdalnie umiejscowionym aparacie uczuć. Akapity traciły na ważności, choć termin spożycia nie został mu w ogóle przedstawiony. Znikały, zanim zdążył upuścić pióro i postawić nienaturalnie idealną kropkę. Przecinki zjadał, choć istnienie jego szanownego żołądka dawno zostało poddane wątpliwości. Żaden wyraz z żadnym zbiorem wyrazów nie tworzył według niego całości. Rymy, choć zaznaczał je na biało bzdurnie kanarkowym flamastrem, a znaczki w gołębie pocztowe naklejał na marginesach… Nic, nic – powtarzał, nic tak naprawdę nie istniało. Wszystko anihilowało się. Litera po literze, kreska po kresce, pustka po pustce.
Jego rozważania skrzypiały.
Ich dźwięk był bardziej irytujący niż nuta kredy zderzonej z purpurową szkolną tablicą. Pisk morderczych opon nijak miał się do refleksji, co niczym nić Ariadny nie mogły się zgubić. Wyrywane stronice z książek nie miały prawa opadać na mahoniowe parkiety głośniej, a lód topiący się od środka nie sprawiał większej boleści ciału.
Bezmyślność, chociażby ulotna, byłaby jego największym marzeniem, gdyby tylko umiał marzyć.

W pewnym momencie (nieszczególnym właściwie, pił wtedy rooibos, wyjątkowo smaczny jego zdaniem) nagromadzenie wszelakich absurdów w jego głowie osiągnęło maksymalne stężenie, do roztworu nie mógłby dodać ani grama codzienności – w żadnym wypadku. Gdyby akceptował jej istnienie, dostrzegłby zapewne zagrożenie wcześniej. Tymczasem ten jesienny poranek przyszedł, a on nie był w stanie go należycie ugościć.
Zegary pozbawione wskazówek tykały wewnątrz jego czaszki, doprowadzając do migreny, a filiżanka ujmowana za ucho, zmierzała raz po razie w kierunku stołu (czy pamiętał ten obrus w wisienki?). Dziwne, acz nie trafiała. Zresztą tęczowe odłamki wyglądały malowniczo wbite w nowiutką papeterię; jak się okazało.
Mrugnął, zauważając rudą kelnerkę zmierzająca ze szmatką do jego stolika. Czy ona cmokała?
W jednej – tak mało istotnej chwili - rozważania zginęły w cieniu jego istnienia, a on dostrzegł kolorowy świat za oknem. A należy wiedzieć, że od dość dawna był bukolicznym daltonistą.
- Wszystko w porządku?
Tak, ona cmokała. Wycierała aktualnie czarną plamę mechanicznymi ruchami, gdy on wpatrywał się w jej piegowatą twarz i próbował zrozumieć, dlaczego tak mało idealna symetria ma prawo istnieć. Nie borykając się z problemem dłużej, wyszedł na brutalnie osłonecznioną Pokątną i wsiąknął w tłum ludzi z czarnymi teczkami.


******


Dwudziestodwuletnia Agnessa Emmerisch była obywatelką Rosji, córką Niemców, a za swoją ojczyznę uważała Anglię. W czasach, o których mówimy, mieszkała na Pokątnej i prowadziła zaskakująco dobrze prosperującą komiksiarnię, która – swoją drogą – została zamknięta trzy miesiące później, a Agnessa, wypłakawszy całą wodę ze swojego organizmu, zmarła z powodu odwodnienia. Inna wersja głosi, że jeden ze stałych klientów, ryży Abner Bentley (który skrycie się w niej podkochiwał), udusił ją jej własnymi włosami, pragnąc udowodnić, że jest to możliwe, czemu podobno przeczyła. Wątpliwość tu jednak budzi całkowite zgolenie jej kruczych loków po dokonaniu zbrodni – w komiksie, na który powoływał się Abner, nie było o tym mowy.
Wracając do wydarzeń mających wpływ na naszą historię, nadmienić muszę, iż Agnessa Emmerisch (właścicielka sklepu z komiksami, Angielka z wyboru, a także poetka kochająca rymy częstochowskie) dnia dwudziestego piątego listopada zgłosiła się do biura aurorów, chcąc powiedzieć COŚ WAŻNEGO, jak mniemała.
- Chodzi o śmierć. – To było pierwsze, co usłyszał Jeremy Woodhouse. Odłożył od razu kubek z kawą na blat, o który to nonszalancko się opierał.
- Proszę rozwinąć – poprosił, obserwując każdy jej najdrobniejszy ruch. To nie była typowa procedura, Agnessa była po prostu niezwykle urodziwą kobietą. Jej krótkie, czarne włosy dokładnie otaczały jej twarz, kokieteryjnie nie dosięgając ramion. Idealnie czerwone, wąskie usta poruszały się powoli i z dokładnością różdżki Śmierciożercy, chociaż wyraźne słowa wypadały z nich nienaturalnie wręcz szybko. Ciekawe oczy nie zatrzymywały się na niczym dłużej niż na chwilę, jakby nic nie było warte ich uwagi. Jej lewa noga, założona na prawą, podrygiwała lekko pod karminową spódnicą, składającą się głównie z falban. Prosta, czarna koszula nie była zapięta pod szyję, pozwalając dostrzec sporą ilość rzemyków i łańcuszków, jak również parę nieokreślonego pochodzenia blizn. Wszystko w niej było nietypowe; a co dziwne dziewczyna wydawała się być niedostrzegalna w tłumie.
- Dnia wczorajszego, późnym wieczorem, do mieszkania obok zapukał podejrzany mężczyzna w czarnym, podróżnym płaszczu. Rytm, który wybijał o mahoniowe drzwi mojego drogiego sąsiada, przywodził na myśl bicie serca. Tego serca, które bije już wyłącznie z przyzwyczajenie, któremu przepływ krwi nie jest potrzebny. Ono bije ślamazarnie, nierówno, nie wyczuwa potrzeby, tak jak u niego można by nie wyczuć pulsu – opisywała z przejęciem. – Benjamin Byron mu otworzył, chociaż drzwi wydawały się to robić niechętnie, jakby przez chwilę myślały, że ich przeznaczeniem było być kawałkiem muru, jakby spodziewały się późniejszych wydarzeń. - Tu westchnęła niespokojnie, przyglądając się własnej dłoni z roztargnieniem. – A potem… - zaczęła z niespodziewaną siłą, by urwać od razu. – A potem wszedł. Ja natomiast spełzłam po moich drzwiach w dół, powoli, z przestrachem, cały czas wodząc palcami po wizjerze, skuliłam się pod drzwiami i czekałam, sama nie wiedząc na co.
- Ile czasu spędził u pana Byrona? – zapytał auror, odchrząkując uprzednio cicho. Stał wraz ze swoim notatnikiem i długopisem, nie zanotowawszy jeszcze ani słowa, obserwując natomiast nieznajomą z podwójnym zainteresowaniem. Wydawało mu się, że doskonale widział bicie jej serca pod koszulą, gdy opowiadała swoją historię. Odchrząknął ponownie, profesjonaliści ponoć często to robią.
- Nie jestem pewna, czy stamtąd wyszedł – odparła powoli.
- Słucham?
- Koło godziny piątej usłyszałam trzask, teleportacji zapewne. Postanowiłam udać się do Benjamina i sprawdzić, czy wszystko w porządku. Zapukałam, jednak nikt mi nie otworzył. Czułam jedynie jak cisza zamilkła, doznając widocznie wrażenia, że chwila jest podniosła. Weszłam, nie widząc innego rozwiązania. – Tu na chwilę zatrzymała wzrok na mężczyźnie. – I on tam siedział. Tajemniczy nieznajomy z burzą kruczych włosów na głowie, obejmowanej obiema dłońmi. Tak robią ludzie chcący coś z niej wyrzucić, jednak nie znający sposobu, jak przypuszczam. Spojrzał na mnie dopiero po chwili, leniwie, apatycznie, jakby sytuacja nie wymagała komentarza. Nic nie mówiąc uprzednio, przyłożył różdżkę do skroni, wyszeptał dwa słowa – a słowa te nie przypominały w niczym ludzkiej mowy, nie było w nich żadnych emocji, żadnego zdrowego drżenia. I umarł.
Auror milczał, skrobiąc coś zawzięcie w notesie; rzucając Agnessie raz na jakiś czas krótkie spojrzenia, szukając w niej nadmiernego zdenerwowania – wynikającego z bliskości śmierci. Nic nie znalazł.
- Następnie usłyszałam kolejny szept. Ten był inny, bardziej ludzki, choć we mnie nie obudził tylu emocji, ile udało się wywołać poprzedniemu. To był Benjamin, musiał wejść po schodach i, najwyraźniej zdziwiony moją obecnością, milczał przez chwilę. Ja sama też milczałam, nie ruszyłam się, to miejsce, w którym stałam, wydawało mi się najbezpieczniejsze. Powiedział, że już naprawdę czas na emeryturę i rozległ się kolejny trzask.
- I tak to właśnie było? - zapytał auror po chwili.
- I tak to właśnie było – potwierdziła.
Aczkolwiek przypomnę, iż Agnessa Emmerisch była poetką, a poetom nie należy ufać.

komentarze [7]

20. Gdy królewny są śmiertelne. /// sobota, 11 sierpnia 2007
Dla Penny, bo jest szczera i jest, i poprawiła.
Dla Lyś, bo stwierdziła, że nie sprawdzi zakończenia, a właśnie dlatego rozdział 20 w ogóle zaistniał.
I dla Lem, bo w tym oto właśnie momencie oddaję jej Peva pod opiekę.



- Czy one nie powinny być biało-różowe?
Nie odpowiedział, skupiając się na wyłowieniu jej dłoni spomiędzy śnieżnych kwiatów. Uciekła, uderzając go jasnymi włosami w policzek. Przez chwilę czuł jej oddech, po którym pozostało nienaturalne zimno. Zaśmiała się, co zadziałało jak narkotyk wyostrzający wszystkie zmysły. Poczuł woń kwiecia wiśni – słodką i agresywną, ujrzał nieokreśloną biel za jej uszami, słońce przedzierające się przez soczyście zielone liście oślepiło go, kwiaty poruszały się w rytm przyśpiewki wiatru… Potrząsnął głową.
- Królewno?
- Tak?
Zatrzymała się tuż za zieloną gałązką przysłaniającą teraz jej bladą twarz. Z lekko otwartymi ustami przyglądał jej się, choć przecież znał tę kobietę na pamięć. Wykrzywiała malinowe usta w zapomnianym radosnym grymasie. W jej ciemnych oczach czaił się przestrach i wariactwo, o jakie nigdy by jej nie posądzał. Tak wiele się zmieni… Wiesz, Pev?
Za pomocą starodawnego kieszonkowego zegarka zatrzymał czas – wskazówka spoczęła na dwunastej; wyciągnął dłoń przed siebie, zadrżała lekko, gdy zetknęła się z zimnym policzkiem owej jejmości.
Czas pobiegł nieoczekiwanie naprzód, gdy zapamiętywał każdy fragment faktury jej skóry, a ona przed siebie z perlistym chichotem.

*

- Dilys?
Czujny wzrok omiótł pytającą, podbródek wyostrzył się, a brwi zmarszczyły lekko na przerwanie tak miłego wspomnienia.
- Wychodzę.
Jedno skinienie głową wyrażające tysiąc myśli. Chwilowy brak dalszych twierdzeń, pytań, komentarzy, chwila wahania tak nienaturalnego u May. Następnie trzask drzwi i ta przeraźliwa cisza, której on tak nie cierpiał. Jaki on, Dilys?

*

Żółć sukienki przyjemnie kontrastowała z zielenią traw o grubych, wysokich źdźbłach. Mrówki wydawały się gromadzić wokół dwójki dwunożnych, rozumnych, którzy nie zasługiwali na miano homo sapiens. Czas lewitował wokół niczym tlen, przypominając jak mało go zostało i uświadamiając im, że za chwilę się uduszą.
- Pev, czy ty mnie lubisz?
Cichy szept, który pojawił się nieprzyzwoicie blisko jej ucha, najwyraźniej nie rozwiał wątpliwości. Potrząsnęła głową, rozczochrała blond loki, a on oparł głowę o ciemną korę drzewa, przymykając powieki.
- O co mnie pytasz, Królewno?
- Lubisz ty mnie?
I tak właśnie ludzie marnują ostatnią szanse na przeżycie – pytają. Giną za niepotrzebne odpowiedzi.
- Pytasz, czy moje serce bije tylko dla ciebie, czy moje myśli krążą tylko wokół twojej osoby, czy nie mógłbym bez ciebie żyć?
Spojrzała na niego czujnie. Kontynuuj – mówiły te migoczące oczy. Jego usta natomiast wykrzywiły się paskudnie. Bredzisz, kochanie – twierdziły.
- Moje serce to dwie komory i dwa przedsionki, moje myśli są posądzane o nieistnienie, a moje życie zależy od skinienia palcem Czarne…
- Och, zamknij się!
Jej jedyną obroną były usta składające się z płatków róży i grube źdźbło gniecione od paru chwil, o którym to jednak szybko zapomniała.

*

- Skupienie, skupienie, skupienie… Co dalej? Co dalej? Co dalej? – powtarzała bezsensownie, gdy kręciła się wkoło na tęczowym dywaniku. – Skup się!
Zatrzymała się, wzruszyła ramionami i wpatrzyła w sad jabłoni za oknem.
Z całą pewnością istnieją decyzje, na których podjęcie poświęcamy całe życie. Dilys jednak była żywym zaprzeczeniem tej teorii. Jej wystarczyło pięć minut na zdecydowanie, by poświęcić życie za najgłupsze pragnienie.
Zresztą, jak twierdziła, jej żywot był zwykłym pojęciem abstrakcyjnym, a owa chęć niczym innym jak ostatnią wolą.
- Skup się! – krzyknęła, dławiąc się łzami, które niewiadomo kiedy napłynęły jej do oczu. Spływały teraz po policzkach, załamywały się na brodzie i z melodramatyczną głębią opadały na podłogę, roztrzaskując się niczym lód na kawałeczki.
Zamknęła oczy, przyjemna ciemność ogarnęła całą jej osobę, a po chwili i głośnym trzasku już jej nie było. Ostatnim śladem jej obecności były okruszki istnienia na kolorowym kilimie.

*

- Obiecaj mi, że…
- Że? – ponagliła z przestrachem w głosie, jak i w oczach, gdy on wtykał jej za ucho śnieżnobiałe kwiaty wiśni. Patrzyli się na siebie przez dłuższą chwilę bez słowa. Oboje bojąc się reakcji bezgłosu, bojąc się konsekwencji słów. Bladzi, cali w trawie, od dawna bez marzeń, nudni realiści, których świat właśnie się kończył, a oni nawet nie pamiętali, kiedy się zaczął.
Przygryzł wargi, tak jak to robił już tysiące razy, a ona łapczywie na to spoglądała, by nie zapomnieć niczego. Cisza trwała, minuty dłużyły się do tysiąc jednej sekundy, a czas niecierpliwił się, wyczyniał piruety w powietrzu.
- Wieczysta – powiedział, jakby mówił „kocham”, aczkolwiek to z pewnością nie było „kocham”.

*

Doskonale znała ten dom, śnił jej się po nocach, pamiętała każdy papier, każdą szufladę łącznie z jej zawartością, w kuchni za lodówką brakowało płytek, a pod łóżkiem w sypialni trzymali skrzynki ze zdjęciami. Chciałaby mieć choć jedno, by odciążyć pamięć. Gdy nie pamiętała jego osoby miała ich miliony, a teraz, gdy ciągle miała go przed oczami i nie mogła zapomnieć jego kpiącego uśmiechu, miała tylko własną wyobraźnię pracującą dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Potrząsnęła delikatnie głową, blond włosy zafalowały na tle nocy, a ona koniuszkami palców popchnęła drzwi.
Rozległo się skrzypienie. Gdyby w jej żyłach płynęła jeszcze jakaś krew, właśnie by ją zmroziło. Jednak ona była żywym trupem, wampirem żywiącym się echem wspomnień dawnych lat.
Poruszała się powoli, nie chcąc niczego pominąć. Kurz unosił się w powietrzu, tykał przeraźliwie głośno. Tik tak, tik tak? Nie. TIK TAK, TIK TAK. Osiadał na wszystkim, na czym było to możliwe. Czuła go we własnym gardle, na ramionach, wplątywał się we włosy.
Gdy pojedyncze drobiny zatrzymały się w nicości, poczuła jego obecność. Pachniał wiśniami i wszelakimi zapachami, które umiałaby nazwać. Obróciła się powoli – krok po kroku, by zobaczyć jego przestraszoną twarz, puste oczy nie wyrażające zupełnie niczego i krucze włosy, które tak lubiła mierzwić.
- Jesteś taki blaaady…
Jej ręka zatrzymała się w połowie drogi do twarzy mężczyzny, wychudzonej, wyjedzonej przez przeszłość i tak dobrze znanej. Przez pięć sekund świat nie istniał, a dłoń trwała poziomo wyciągnięta, była pięć centymetrów od szczęścia. W kolejnej jednak, Dilys zgięła się, upadła na kolana, aż w końcu jej zastygła w czułości twarz dotknęła mało subtelnie podłogi. Nie istniało już nic. Czas nie odmierzał minut, powietrze nie pomagało w oddychaniu. Próbował rzucić się na pomoc, padać na klęczki, ale nie czuł grawitacji. Uderzenie ciała o podłogę odbijało mu się w głowie niemiłosiernie długo, za każdym razem coraz głośniej, aż zamarło.
A śmierć była zdartą z kolan skórą i głupią miłością, która zabiła.


komentarze [14]

19. O Benjaminie. /// środa, 6 czerwca 2007
Dla Penny :*
Zbetowała, ale nie jest to jedynym powodem tej właśnie dedykacji. Nie zjadła mnie - a to też się liczy, no nie?




- Zawsze pojawiają się w mugolskich miasteczkach. Najczęściej w tłumie ludzi. I… Eee… Wtapiają… Tak, wtapiają się w tłum. Poszukiwana gustuje w mugolskich sukienkach i kapeluszach, i… Eee… A poszukiwanego zazwyczaj w ogóle nie widać, a jeśli już to… Gustuje w mugolskich koszulach i garniturach. Czarnych, no, garniturach.
Rudowłosa uśmiechnęła się, a na jej twarzy wymalowała się duma. Jak zawsze, gdy kończyła „recytować”.
Auror Byron przez większość życia uczył się panować nad mimiką twarzy. W końcu, gdy stał przed wrogiem, nie mógł okazywać strachu. Jego osoba powinna aż kipieć obojętnością i apatycznością. Dokładnie tak, jak robiła to teraz. Ale gdyby nie owe umiejętności, to już dawno wykrzywiłby usta w kpiącym uśmiechu, a brwi zapewne powędrowałyby do góry i stworzyłyby z siwizną zgrabną całość.
Mężczyzna zwinnie – zważywszy na jego wiek - wstał z obrotowego fotela i przejechał ręką po mapie wiszącej na ścianie.
- Co więc z tego wynika, panno Sway?
Byli w Ministerstwie, w takim jednym boksie, który wydawał się należeć do miłośnika geografii. Tylko te żółte, świecące kropeczki psuły owe wrażenie i wcale, a wcale nie wyglądały ładnie. Mogły strasznie irytować – samym miganiem. Mig-mig. I tak wkoło.
Regina przechyliła głowę i wzruszyła ramionami. Auror widocznie nie oczekiwał odpowiedzi. Ba, nawet nie odwrócił się w jej stronę.
Bo do głupoty też można się przyzwyczaić, naprawdę.
- Pani Derwent będzie go szukała w miejscach, w których kryli się podczas ich ostatniej ucieczki przed światem, panno Sway. – Ręka mu zadrżała, więc zgiął ją z nienaturalną wręcz brutalnością. Tak rozłupuje się orzechy, gdy w okolicy nie ma dziadka do orzechów. I tym razem odgłosy były równie nieprzyjemne. – I on będzie jej tam szukał. Chcąc zapewne przed nami ochronić. Wystarczy, że poczekamy, zaczaimy się i…
Klasnął. A Regina po raz pierwszy przestraszyła się owego staruszka, którego oczy, gdy mówił o Dilys, błyszczały niczym oczy jedenastolatka po raz pierwszy trzymającego w dłoni różdżkę.

*


Na środku placu (takiego z kostki brukowej, otoczonego biało-beżowymi kolumnami) znajdowała się fontanna. Była to bardzo ładna fontanna. Zimna ciecz tryskała z ust szarosrebrnego harcerza, a ptaki obsiadały jego kapelusz.
Dzieci pluskały się w niej w lecie, w zimie zaś woda zamarzała i stawała się wtedy lodowiskiem dla rękawiczek, którym ktoś zapomniał założyć łyżew. O każdej porze roku wokół fontanny słychać było śmiech. Nawet gdy w pobliżu nie było ludzi. Radość, wesołość, chichot – i jedno bardziej irytujące od drugiego.
Dzień był słoneczny, upalny właściwie, a ową fontannę podziwiał jegomość w kwiecie wieku. Siedział on pod jednym z bladożółtych parasoli i szczerzył się lekko do filiżanki espresso. Zdjął okulary przeciwsłoneczne z nosa i uczepił je na kieszonce bluzki polo – na piersi. Gdy podeszła do niego kelnerka, podziękował kulturalnie za napój, zapłacił i nie oszczędzał na napiwku.
Punkt pierwszy: nie rzucać się w oczy.
Rozglądnął się dyskretnie po placu. Nic nie mogło umknąć jego uwadze.
Widok tworzył przyjemną dla oka iluzję wiecznego spokoju i beztroskiego lenistwa.
Dzieci biegające naokoło wszystkiego, co miało kształt koła. Chłopak w podartych spodniach, siedzący na ławce, wraz z lekturą – zapewne z biblioteki. Grupka plotkujących małolat – wybuchających nieopanowanym chichotem, co jakiś czas. Dżentelmen w oliwkowym garniturze w szare pionowe pasy niedbale trzymający papierosa pomiędzy dwoma palcami i wdychający dym wydobywający się z narkotyku.
Na dłużej zatrzymał wzrok jedynie na kobiecie w słomkowym kapeluszu. Wstałby nawet, jednak omal nie wywrócił przy tym plastikowego stołu. Usiadł więc ponownie. Kelnerka podeszła do niego, wymachując białawą tacką.
- Czy aby panu w czymś nie pomóc? - Zaprzeczył i przeprosił. Tymczasem podejrzana jejmość spojrzała w jego kierunku i zwęziła małe oczka z zainteresowaniem. Jej czarna czupryna rozwiała jego wątpliwości. Pokręcił głową i w myślach nazwał się paranoikiem.
- Kapelusz pasuje – usprawiedliwił go szept, przez który niemalże podskoczył (co byłoby dość widowiskowe, zwracając uwagę na jego pozycję). A właśnie rozsiadł się, wydawałoby się, na dobre. To nie była kelnerka… Zdecydowanie nie. - Spokojnie, Benjaminie.
Krótkie, acz zgrabne palce chwyciły go za ramiona z obu stron, zaciskając się na nich niczym szpony drapieżnego ptaka na ofierze. Poczuł na policzku równy oddech pewnej damy.
- Miło cię widzieć, Dilys.
Dałeś się zaskoczyć jak młokos, pomyślał nie bez przekąsu, i to jeszcze wariatce. Gratuluję.
- Ano miło. Choć szkoda.
- Szkoda? – zapytał, bo zapewne powinien. Jego oczy łapczywie przyglądały się każdemu szczególikowi w okolicy. Skoro ona tu jest, to Proudfoot też.
Punkt drugi: nie dać po sobie poznać ani strachu ani zbytniego zaciekawienia. Nie popadać w skrajności.
- Ładna okolica, moglibyśmy zostać tu na dłużej, wiesz? Świetne miejsce na wychowywanie dzieci. Są tu takie śliczne górki, sielankowe polanki, tajemnicze studzienki. Jak w bajce – podsumowała z żalem w głosie. – Moglibyśmy cię po prostu zabić, wiesz? Nikt oprócz ciebie nie wie, gdzie jesteśmy.
Jej beztroski ton wcale nie wskazywał na to, że mają takowy zamiar. Ale, jak mawiał jego ojciec, szalone kobiety są szalone, nieprzewidywalne i szalone.
- Jesteście skazani na wieczną ucieczkę, Dilys – stwierdził spokojnie.
Palce zacisnęły się na jego ramionach mocniej. Zaryzykował i spojrzał na jej dłonie. Długie, fioletowe paznokcie zaczęły wbijać mu się w skórę.
- Nigdy nie przeszliśmy na ‘ty’, Benjaminie – zauważyła.
- To boli, Dilys.
Punk trzeci: nie rozkazuj, a delikatnie sugeruj zmianę decyzji i postępowania.
- Benjaminie, to ty mnie krzywdzisz. – Złagodziła jednak ucisk. – Powiedz mi, co ja ci zrobiłam? No, co?
Westchnęła dramatycznie, a on poczuł na policzku jej ciepły oddech. Znowu, znowu jego zmysły wyostrzyły się; dotarło do niego, że jest w pułapce.
- Twój mąż zabił człowieka. Poddaj się, a, co obiecuję, nie spotkają cię żadne konsek…
- Milcz! – pisnęła, a jej blond loki musnęły jego osobę mało delikatnie. To trochę jak z pudlami. Niby takie potulne, niewinne psiaki, a jednak gryźć potrafią, prawda? – Milcz! Milcz! Słyszysz? Nie masz prawa tak do mnie mówić. Nie masz prawa mówić o nim źle! Milcz… Słyszysz?!
- Słyszę, Dilys.
Punk czwarty: zawsze się zgadzaj i zawsze przytakuj.
- Miałeś milczeć!
Milczeli więc sobie tak wesoło przez dłuższą chwilę, w ciągu której panna Derwent najwyraźniej podjęła decyzję. Puściła jego ramionami, zostawiając ślady - mogące uchodzić za - kocich pazurów.
- Żegnaj, Benjaminie.
Zgrabnie przeszła labirynt stoliczków i zniknęła za jedną z kolumn otaczających placyk. Gdy pojawiła się za następną, obok niej szedł jegomość w garniturze. Jedną ręką obejmował ją w talii, a drugą, dwoma palcami, trzymał papierosa. Dilys poprawiała śliwkową sukienkę i kręciła głową z niedowierzaniem.
Auror zerwał się śpiesznie z plastikowego krzesełka. Nie przejął się ani wywróconą filiżanką ani krzesłem, które za chwilę upadnie.
Przeprosił szybko kelnerkę, która zmierzała w jego kierunku, wyminął ją, o dziwo, nie uderzając nawet łokciem. I… zaniemówił.
Rozległ się donośny TRZASK. Chłopiec z książką podniósł wzrok znad lektury, małolaty przestały plotkować. Ptaki odleciały, wyrażając przy tym swoje niezadowolenie w postaci głośnego KRA.
Za trzecią kolumną pojawił się jedynie tytoniowy dym.
A krzesło upadło.


*

komentarze [9]

18. Gruszki i niekulturalne szafki kuchenne /// czwartek, 22 marca 2007
Dla Effie, która po raz enty udowodniła mi, że jestem naprawdę naprawdę głupia.



Niektórzy zaczynają dzień od mocnej kawy, inni biorą prysznic, jeszcze inni zajadą się drożdżówkami. Dilys natomiast zakrywała głowę puchową kołdrą i miała nadzieję, że obudzi się po raz wtóry. Dość złudną nadzieję, tak swoją drogą.
Wtedy w końcu wszystko byłoby inne. Wstając, czułaby słodki zapach kakao. Widziałaby ciemne kształty jegomościa - podającego jagodzianki na jej ulubionych, mugolskich talerzykach w fioletowe jednorożce. Jej zaspaną twarz oświetlałaby poranne, ciepłe promienie słońca, a gdzieś na dworze śpiewałby skowronek – zapewne chcąc, ogłosić ludzkości, jaki to świat jest piękny.
Jednak w rzeczywistości, gdy Dilys ściągnie już kołdrę z twarzy, zobaczy zielony sad jabłoni. Będzie wiedziała, że jest zima, a sam sad jest zwykłym magicznym złudzeniem. Świadomość, że znajduje się gdzieś w szarym Londynie, nie poprawi jej samopoczucia. Za jakiś kwadrans przyjdzie May z herbatą i bułką, pokrytą grubą warstwą masła czekoladowego. Nie odezwie się - tym swoim głupim zwyczajem, i nie życzy miłego dnia.
Podsumowując Dilys wolała udawać, że śpi albo czekać aż się obudzi. Ale tak naprawdę obudzi. Tak naprawdę naprawdę. Albo tak naprawdę naprawdę zaśnie.
Więc czekała. Na cokolwiek.



Gdy w końcu postanowiła ruszyć swoje szanowne cztery litery, słońce bezczelnie oślepiło ją swoim blaskiem, sugerując, że nie musi być aż tak źle. Kobiecina, lekko zdezorientowana, chwyciła bladozieloną sukienkę, którą dostała od May.
- Akurat! – mruknęła, wychodząc z małego pokoiku, który niegdyś był schowkiem na niechciane prezenty. Czy ona aby nie była jednym z nich?



Włosy nie układały się tak, jak powinny. Nie były proste, ani też kręcone. Założone niezdarnie za uszy, tworzyły, raczej mało artystyczny, nieład.
Sukienka jak zwykle leżała źle, opinała się na zbyt szerokich biodrach, ściskała wątłe ramiona i miała za duży dekolt, uwydatniający bladość Dilys.
Jednak zamiast odgłosu tłuczonego lustra - po łazience rozeszło się głośne westchnienie rezygnacji.



Wygładzając nieposłuszną odzież, weszła do kuchni. Wnętrze było kolorowe i wydawało się, że nic tu do siebie nie pasuje. Zaczynając od kwiecistego imbryczka, a kończąc na wielkich, drewnianych łyżkach w ciemnoczerwone, chińskie wzory. Szafki, o różnych wielkościach i kolorach, rozpychały się na wszystkie strony i wręcz wpadały na niewinną lodówkę. Zasłony były koloru śliwkowego i znajdowały się na ścianie przeciwległej do tej, na której było podkowiaste okno. Okrągły stolik zajmował nieśmiało miejsce w rogu, a obrus chwalił się ciemnoczerwonymi wisienkami, w które był wyszyty.
May jest zawodową abstrakcjonistką, pomyślała Dilys. Następnie usiadła na miękkiej pufie i delektowała się wszechobecną ciszą. Gdy po jakimś małoistotnym upływie czasu zauważyła lewitującą kartkę, nie była zdziwiona. Oto co przyzwyczajenie robi z człowiekiem.
- Dzięki, Noah – powiedziała, chwytając pergamin.
Przeczytała szybko jego treść i zajrzała do lodówki w poszukiwaniu obiecanych kanapek z mortadelą i pomidorami. Nie umknęło jej, że była ona (lodówka, nie mortadela) pokryta sporą ilością małych, tęczowych karteczek. Jeden z napisów na nich głosił: „Wielu ludzi topi smutki w herbacie. Ja topię herbatę w smutkach.” Były tam też informacje w stylu: „Kup cytrynę, sklerotyczko!”
Dilys usiadła z powrotem, rozkoszowała się smakiem kanapek i sama nie wiedziała, kiedy zaczęła rozmyślać.
- Nie możesz tu zostać – powiedziała do siebie po paru minutach. – Czas znaleźć Peva i zacząć chować się wraz z nim.
Jakie plany mogą wydawać się momentami proste! Niestety później przychodzi coś takiego jak zwątpienie.
Głupia rzecz to zwątpienie, pomyślała całkiem inteligentnie Dilys, bardzo głupia.



May wróciła gdzieś po godzinie. Uśmiechnęła się niepewnie, ściągając pastelowobłękitny płaszcz. Wraz ze swoją smukłą figurą i prostymi, czarnymi włosami przywitała Dilys, podając jej siatkę z gruszkami.
- I jak poszukiwania pracy? – zapytała kobieta, przyglądając się nieufnie kształtnym owocom. May przekrzywiła nieznacznie głowę, chcąc zasugerować zmianę tematu albo wyrazić swoją degustację. W międzyczasie rękawiczki wylądowały na półce. Jedna z pary, leżąca krzywo, poprawiła się i wyrównała do drugiej.
- Wyobraź sobie, że zostałam sprzedawczynią.
Dilys - posłusznie - wyobraziła to sobie.
- Sprzedawczynią owoców – dopowiedziała dziewczyna, rozplątując pasiasty szalik. – Ale to tylko chwilowe zajęcie. Dalsze poszukiwania zacznę od marca, a na razie mamy darmowe owoce.
Wzięła od Dilys jedną gruszkę i wgryzła w nią swoje równe zęby. Następnie wzruszyła ramionami, wyminęła ją i weszła do swojej abstrakcyjnej kuchni. Szalik lewitował jeszcze przez chwilę w powietrzu, aż w końcu spoczął bezwładnie na wieszaku.

*


Pokątna tętniła życiem.
Kwiaty we wszystkich kolorach tęczy zajmowały liczne stoiska, chwaląc się całą swą okazałością i tropikalnym pochodzeniem. Pachniały - równocześnie odbierając innym zdolność węchu. Patrzyły z politowaniem na szarych mieszkańców Londynu. Ci jednak, uśmiechnięci idioci z poczuciem wartości, szczerzyli się we wszystkie strony – zadowoleni z życia. Idealnie błękitne niebo zajmowały idealnie białe chmury o przeróżnych kształtach. Serduszka, statki powietrze i ciasteczka z kremem. Głęboko w tle pohukiwały radośnie sowy, miauczały koty podczas porannej kąpieli, a kobiety – zakochane kobiety gwoli ścisłości – śmiały się perliście, dopełniając panującą atmosferę nutką tajemniczości.
Na głównej uliczce spacerowała pewna kobieta, kontrastująca strojem z towarzyszącym jej jegomościem. W zwiewnej, śliwkowej sukience, przewiązanej w pasie bladozielonym paskiem – płynęła wręcz, bo chodzeniem nazwać tego nie można. Maszerowała z gracją, wyczuciem i jakąś lekkością, choć kształty miała okrągłe. Nadgorliwie gestykulowała dłońmi, uśmiechając się pomiędzy coraz to innymi wątkami. Zakładała blond włosy za uszy, co krok przyglądając się partnerowi. On natomiast szczęśliwy z tego spaceru, słuchał jej z przymrużonymi oczami, rzucając, co jakiś czas niewybredne komplementy. Nie wiedząc, co powinien zrobić z dłońmi, które ciągle kierowały się w kierunku gestykulacji towarzyszki, splótł je za plecami. Ot tak, dla bezpieczeństwa. Przez ramię przerzucił czarną szatę, rękawy koszuli w kolorze indygo podwinął, a krawat zniknął gdzieś w kieszeni wizytowych spodni.
- Nie nazywaj mnie tak.
Panna, która wypowiedziała powyższe słowa, aktualnie przygryzała wargi i zmarszczyła brwi. Niby z zastanowienia, niby z zażenowania.
- Jak? – zapytał po chwili konsternacji jej kompan.
Spojrzała na niego znad równo przystrzyżonej grzywki piwnymi oczętami.
- Królewną, Pev, królewną! – wykrzyknęła, wydymając wargi. Splotła ręce i podniosła wysoko podbródek. Przebiegła tak parę kroków bezsensownie, aż się zatrzymała - w jednej chwili, w jednym miejscu – oczywiście nadal głęboko obrażona.
Przyglądając się jej otwarcie, zaśmiał się z jakąś dziecinną radością.
- A to dlaczego, Królewno? – wyszeptał, zbliżając się do niej od tyłu bezwstydnie blisko.
- Stań dalej – burknęła wojowniczo. – Do królewny może tylko… królewicz podchodzić!
Uśmiechnął się szerzej, bezczelnie nie słuchając rozkazu.
- A co ci z królewicza będzie, Królewno, jak cię w wieży zamknę?
Odwróciła się na pięcie, omal na niego nie wpadając... A właściwie to wpadając. Z tą swoją kobiecą delikatnością, której podobno nie posiadała.
- Nie ośmielisz się – stwierdziła całkiem poważnie.
- Gdybym był złym czarownikiem, to bym się chyba jednak ośmielił – zaprotestował powoli, dobierając ostrożnie każde z kolejnych słów. Obserwował przy tym idealne błękitne niebo, a jedna z jego brwi powędrowała wysoko do góry.
- Nie jesteś nim – przypomniała mu dobrodusznie, stając na palcach, by ich oczy znalazły się na tej samej wysokości. Czuła się przy nim dziwnie niska i drobna.
- A więc pozostaje mi tylko rola… księcia?
- Marzyciel – fuknęła, dmuchając przy tym w grzywkę, która wzniosła się i opadła.
On zaśmiał się wesoło, a ona odbiegła ponownie.



komentarze [19]

17. O tym jak Dilys poznała Peva /// piątek, 9 lutego 2007
Dilysiątko ma rok.
Zbetowała Effie, ale z dedykacją dla wszystkich, którzy wytrzymali z nami (mną i Dilys, i Pevem, i Glorią, i May, i tak dalej) te dwanaście miesięcy.




May była artystką.

Artystką zamkniętą w swojej pracowni.
Dilys codziennie widywała, jak dziewczyna wchodzi do swojego pokoju. Nigdy nie zamykała drzwi, a jednak zawsze przebywała tam sama. Pani Derwent siadywała wówczas w kuchni, popijała herbatę i rozmyślała nad wszystkim, bądź niczym. Z pokoju May dochodziło do niej tylko szuranie ołówka po kartce, słyszała jak dziewczyna gniecie większość prac i wrzuca do kosza (istnienie kosza dotychczas nie zostało udowodnione, więc mogła je rzucać gdziekolwiek). Natomiast, gdy któryś z rysunków był godzien miejsca na ścianie, zostawał tam przyklejany. Wtedy Dilys widziała światło, którego źródłem była pewnie różdżka.
Tak przeżyły razem tydzień.

Aż w pewien zimowy wtorek (prawdopodobnie był to siódmy lutego), May krzyknęła:
- Dilys!
Kobieta odłożyła powoli kubek herbaty z dzikiej róży.
- Chodź tutaj! – Usłyszała.
Zainteresowana weszła nieśmiało do pracowni May. Starała się nie oglądać wkoło, jednak nadaremnie.
Pokój był właściwie mały. Na trzech ścianach wisiały szkice i malowidła, czwarta natomiast była zapełniona kolorowymi maźnięciami. Jak się później dowiedziała, były to próbki farb. Blisko sufitu było biało – pewnie May nie mogła dosięgnąć. Okiennice jedynego okna pomalowano w błękitno-białe chmury. Wychodziło ono na sad jabłoni – jak wszystkie okna w mieszkaniu May. Dilys jednak wiedziała, że są w środku Londynu, więc ten widok musiał być jakąś magiczną sztuczką. Pod oknem, na mahoniowym parkiecie, znajdował się okrągły materac. Nakryty był paroma kolorowymi kocami i poduszkami – właścicielka tego pokoju kochała poduszki, które były dosłownie wszędzie (tam, gdzie nie było czegoś innego). Z niezdarnie pozłacanych ram, stojących na podłodze, opartych o wszystkie cztery ściany, szczerzyły się dziewczynki w słomkowych kapeluszach i z bukietami słoneczników w rękach. Wszystkie były roześmiane. Na środku pokoju znajdował się trójkątny stoliczek, nakryty jasnym, zielonym obrusem. Na nim prezentował się ręcznie rzeźbiony imbryczek, pomalowany w zgrabne stokrotki. Bynajmniej nie służył do parzenia herbaty. Obok niego leżało parę starych książek, które z pewnością miały większą wartość pamiątkową, niż literacką. W ostatnim wolnym miejscu, tuż koło materaca, stał śnieżny parawan, przez który przerzucona była długa, pomarańczowa spódnica i kraciasta koszula. W pomieszczeniu nie było żadnej lampy, tęczowe świeczki porozstawiane w artystycznym ‘byle gdzie’ – były jedynym oświetleniem.
May siedziała na jednej z poduszek i opierała się o wolny fragment ściany. Założyła za ucho pędzel i zmarszczyła brwi, jak to miała zwyczaj robić. Jej sukienkę, fioletową w kremowe kwiaty, musiał zaprojektować ktoś, kto nigdy nie widział żadnej flory. Czarne włosy przewiązała czerwoną wstążką na prawym boku, a szyję oplotła delikatnym szalem w kolorze akwamaryny.
- Usiądź – mruknęła, przekrzywiając delikatnie głowę i przyglądając się tak kartce, trzymanej na kolanach.
Dilys posłusznie wykonała polecenie.
- Ładnie tu – pochwaliła wystrój pokoju.
- Ach tak, dziękuję.
Ponownie wyjęła pędzel zza ucha i pociągnęła mocno po pracy śliwkową akwarelą.
- Teraz żółty, Noah – powiedziała, a chwilę potem tubka żółtej farby podleciała w kierunku jej ręki. Wykonała kolejny zamaszysty ruch.
- Wołałaś mnie – przypomniała jej Dilys.
- Możliwe – powiedziała May. Uśmiechnęła się, ale po chwili na jej twarz powróciło wcześniejsze skupienie. – Opowiedz mi o nim – poprosiła.
Dilys nie zapytała o kim. Wiedziała.
- Co chcesz o nim wiedzieć?
- Jaki był?
Zanim zaczęła, zastanowiła się.
- Nazywał mnie królewną i traktował jak królewnę. Wiecznie mi coś wynagradzał, nawet gdy jeszcze nie wiedziałam, że powrócił do swojej profesji – zdziwiła się, że te słowa tak łatwo wyszły z jej krtani. – Był wiecznie zagoniony. Umiał wrócić do domu w środku nocy i spytać, czy dobrze minął mi dzień. Chciał się mną opiekować, denerwował się, gdy mu na to nie pozwalałam. Wstawał godzinę wcześniej ode mnie, by kupić mi jagodziankę na śniadanie i zrobić kakao. Nie wiedział, kiedy mam urodziny. Jednak każdy dzień traktował jak święto. Gdy wszystko zaczęło się psuć, ukrywał mnie, gdzie tylko mógł. Gdy pytałam go, czemu nie możemy uciec, odpowiadał, że nie może wydać na mnie wyroku śmierci. Ale on ciążył na nim. Prosił mnie bym została przy nim, póki żyje. Wtedy tego nie rozumiałam.
Po chwili zdała sobie sprawę, że płacze.
- Ale on żyje, Dilys – pocieszyła ją May, podając chusteczki. Po raz pierwszy oderwała wzrok od kartki. Dilys nie odpowiedziała i zastanowiła się, czy jednak nie woli, gdy nie zwraca się na nią uwagi.
- Jak się poznaliście? – zagadnęła młoda artystka, uśmiechając się promiennie.
Dilys skądś znała ten uśmiech. Zawsze mamiący i zgubny, choć tak urokliwy.



Był to jeden z tych dni, w które człowiek ma ochotę skoczyć z bardzo wysoka na bardzo twarde podłoże. Panująca wszędzie wiosna był zbyt radosna, słońce za jasno świeciło, a niebo było zbyt błękitne.
Dilys oglądała się na czarodziejów, przechodzących obok. Na śpieszących się dżentelmenów w czarnych płaszczach i mamy, bawiące swoje pociechy. Gdzieś w oddali ktoś się zaśmiał, a w kawiarence, znajdującej się przed nią, kelnerka dyskutowała z klientem na temat polew do lodów, mając tylko jeden argument (bynajmniej nie słowny). Jakiś chłopak reklamował trwałość produktu, mającego roczną gwarancję. Na przeciwległej ulicy pohukiwały sowy, miauczały koty i kłóciły się dwie damy z czerwonymi paznokciami o modną spódnicę – ostatnią, jaka została z danej kolekcji.
Siedziała na jednej z bardziej zadbanych ławek. W trzymanym lusterku widziała swoje blade odbicie, kontrastujące z czarnym, pogrzebowym ubiorem. Doskonale wiedziała, gdzie teraz powinna być, ale w końcu nie dostała zaproszenia od rodziny. Jak mogłaby się tam pojawić?
Przygryzła wargi, nie chcąc znów sięgać po chusteczkę. Lusterko skończyło w licznych kawałkach na ziemi, a bladość pozostała już tylko na twarzy.
Postarała się odetchnąć. Głęboko. Miała wrażenie, że zakrztusi się powietrzem. Po policzku popłynęła kolejna łza.
„Ludzie płaczą, gdy coś ich przerasta, kochanie.”
Tak mówiła jej babka. Ją przerastało wszystko.
Wyciągnęła z torebki opakowanie chusteczek. Zauważyła, że przygląda jej się mały chłopczyk, więc wstała i udała, że idzie w wybranym kierunku, który w rzeczywistości był całkiem przypadkowy. Jak każdy dotąd w moim życiu, pomyślała.
- Bezczelność – mruknęła, wracając myślami do dzieciaka.
Jakim prawem ten młokos ma czelność się na nią gapić!
Szła przez chwilę z tą swoją pewnością aż zwątpiła, skręciła i wpadła na jakiś ciemny kształt. Następnie poczuła coś twardego i zimnego na policzku. W takim stanie trwała, aż zdała sobie sprawę, że upadła. Miała ochotę tak leżeć z zamkniętymi oczami na środku ulicy, ale poczuła, że ktoś się jej zawzięcie przygląda.
Powoli, ostrożnie i niechętnie otworzyła oczy. Jak dobrze, że to nie ten chłopiec – przemknęło jej przez myśl. Równocześnie poczuła pulsujący ból w łokciu.
Pierwszym co zobaczyła, była wyciągnięta w jej stronę dłoń. Nie zastanawiając się długo, chwyciła ją i wstała. Świat nagle zakołysał się przeraźliwie.
- Nic ci nie jest? – zapytał suchy, acz delikatny głos, najwyraźniej oczekując odpowiedzi.
Spojrzała na źródło głosu i udała, że teraz najważniejszą czynnością do wykonania jest otrzepanie się z ulicznego kurzu.
Poznana jej już dłoń podała torebkę, a nieznajome usta uśmiechnęły się ukradkiem.
- Wszystko w porządku – odparła, przyglądając się swoim potłuczonym kolanom. Łokciem nadal nie mogła ruszyć.
- To wygląda paskudnie – powiedział jegomość.
- Pan pozwoli, że ja o tym zdecyduję! – wykrzyknęła, równocześnie czując się paskudnie.
- Najpierw pani na mnie wpada, a potem krzyczy. Nie przeprasza, nie dziękuje za pomoc – zaśmiał się.
Właśnie teraz przyjrzała mu się dokładnie. Miał wyraźnie ostry podbródek, wąskie - aktualnie roześmiane - usta, ładny orli nos, czarne włosy i jeszcze ciemniejsze oczy, przyglądające się jej poczynaniom. Odziany w całości na czarno, z całą pewnością nie budził zaufania dzieci.
- I jeszcze lustruje mnie pani wzrokiem, nie bacząc na to, że to widzę – odparł.
- Przepraszam – wymamrotała, niezbyt wiedząc, gdzie iść. Zakołysała się więc i omal nie straciła ledwo odzyskanej równowagi.
Nie poczuła ponownie poznanego dziś zimna, odniosła natomiast wrażenie, że coś podtrzymuje ją delikatnie, dosłownie jakby była porcelanową figurką. Oczywiście mógł to być ‘ktoś’, a nie ‘coś’.
Po chwili namysłu, doszła do wniosku, że się porusza. Widocznie dała się prowadzić jak kukiełka.
- Nie dotykaj mnie! – mówiąc to, nawet nie próbowała się wyrwać.
Przyłapała się na tym, że siadła. Możliwe, że na ławce. Otworzyła oczy, zdając sobie sprawę, że cały czas były zamknięte. Jednak od razu tego pożałowała – świat był zdecydowanie za jasny - i je zmrużyła. W między czasie zobaczyła tylko błysk srebra koło szyi chłopaka.
- Na pewno wszystko dobrze? – Suchy, delikatny głos przeobraził się nagle w zatroskany.
- Dziś jest pogrzeb mojej babci, wałęsam się z paczką chusteczek po Pokątnej i nie mogę porządnie skręcić karku. – Nawet nie zdała sobie sprawy, kiedy to powiedziała. Poczuła tylko jak jej usta otwierają się i zamykają. – Czy ja to naprawdę…?
Jej bohater ponownie się zaśmiał. Ma bardzo przyjemny śmiech, zauważyła.
- Upadłaś – powiedział wspaniałomyślnie.
- Masz rację, to wszystko tłumaczy. Słabo mi – wyżaliła się.
- Pójdziemy się czegoś napić?
- Nie korzystaj z mojego stanu, zwyrodnialcu! – Tu zamyśliła się na chwilę. – Przepraszam.
- Upadłaś – powtórzył.
Znowu poczuła zimno na policzku, ale tym razem nie wywróciła się. A przynajmniej tak sądziła.
- Inaczej napuchnie – wytłumaczył, przyciskając mocniej srebrny medalion do jej prawego profilu. Spory, kolisty kształt otarł się o jej podbródek i powędrował do drugiego policzka. Czyżby upadła na dwie strony? Nie była pewna.
- Peverell Proudfoot – przedstawił się.
- Miło mi.
Zanim zemdlała, zobaczyła jeszcze wielkie B wygrawerowane na błyskotce.


komentarze [20]

16. Drinki z palemką /// sobota, 20 stycznia 2007
Dla Effie, bo właśnie dzięki niej nie ma tu głupich błędów, do których tylko głupia Tab jest zdolna.


- Nie było jej tu. – Owemu stwierdzeniu towarzyszyło kopnięcie zaspy śniegu, co już po chwili wydało się dość głupie.
- Moje buty – jęknęła krótko ostrzyżona dziewczyna, przyglądając się swoim przemoczonym, różowym tenisówkom. – Cholera, cholera, cholera!
Miała dwadzieścia parę lat. Na jej podłużnej twarzy, zakończonej ostrym podbródkiem, znajdowały się małe, paciorkowate oczy – czarne, bez najmniejszego wesołego błysku, zgrabny, choć trochę za duży, nos i pełne czerwone usta. Nie miała natomiast piegów, tak charakterystycznych dla rudzielców.
Opatuliła się fioletowym szalikiem i ponownie zaklęła pod nosem.
- A ja twierdzę, że tu była, panno Sway – dobiegł ją zza pleców suchy i dystyngowany głos. Starszy jegomość stał wyprostowany parę kroków za Reginą i przyglądał się wyczynom przyszłej aurorki. Dziewczyna poczekała chwilę, aż ten rozwinie swoje twierdzenie. Krótką chwilę, oczywiście.
- A to dlaczego?
Niecierpliwa, pomyślał Benjamin Byron, zbyt niecierpliwa.
- A to dlatego – zaczął po chwili – że państwo Savitt nie przedstawili nam syna. Co więcej: zamknęli go w prywatnym więzieniu. Gdy weszliśmy, ledwo drzwi się za nami zamknęły, a pan Savitt już kazał żonie odprowadzić syna do pokoju.
Zrobił pauzę. Widząc, że panna Sway jeszcze nie zrozumiała, kontynuował:
- Oczywiście nie mieli obowiązku przedstawiać nam swojej całej rodziny, jednak ja twierdzę, że nie przedstawili nam go, podejrzewając, że mógłby nam coś wyjawić. Coś, co niekoniecznie chcieli, by zostało wyjawione.
Zamilkł ponownie. Prawie ujrzał jak nad głową dziewczyny zapaliła się przysłowiowa żaróweczka.
- Aha – powiedziała powoli. – Myślisz, że Derwent ciągle tam jest? Tam w środku?
Ostentacyjnie wskazała palcem na mahoniowe drzwi wejściowe.
Benjamin Byron - wykwalifikowany auror - westchnął. Przejechał pomarszczoną dłonią po niegdyś kruczoczarnych włosach, aktualnie naznaczonych paroma siwymi pasmami. Tyle lat służby Ministerstwu, a oni każą mu niańczyć jakąś smarkulę, która nie rozróżnia różdżki od patyka.
- Nie – odparł lakonicznie, siląc się na spokój. – Nie, panno Sway.
- Dlaczego?
- Otóż, dlatego że przyszła pani Savitt poprosiła nas, byśmy o jakimkolwiek postępie w śledztwie ją poinformowali. Co dowodzi, że nie wie, co aktualnie dzieje się z Dilys Derwent.
- Ale powiedziałeś, że tu była!
- Tak, w rzeczy samej. Tak właśnie powiedziałem.
Dziewczyna zamrugała, jej długie rzęsy wzniosły się i opadły.
- Twierdzę więc, że Dilys Derwent uciekła – podjął starzec. – I zaznaczam: uciekła. Znaczy to, że nie podzieliła się z panią Savitt swoim planem przed dokonaniem go.
- Ale dokąd uciekła?
- Czy myślisz, że gdybyśmy to wiedzieli, ciągle zajmowalibyśmy się tą rozmową przed jakże uroczym domkiem Savittów?
Niech uzna to za pytanie retoryczne - poprosił w myślach Benjamin Byron.
- Nie – odparła Regina, po czym uśmiechnęła się z satysfakcją. W końcu pojawiło się jakieś pytanie, na które znała odpowiedź.
Auror Byron natomiast zastanowił się nad plusami emerytury. Może to już czas wybrać sobie jakąś słoneczną wysepkę na Atlantyku? Och, i te drinki z palemką!



- Poszli już?
Kobieta, oglądająca podwórko przez śnieżnobiałą firankę, podskoczyła.
- Wybacz, Glorio.
- Poszli.
- Myślisz, że wiedzą?
- Mam tylko nadzieję, że nie wszystko.

*

Swoim zwyczajem siedziała na dywanie w kolorowe paski. W salonie. W salonie, który był równocześnie sypialnią (w prawym rogu wylegiwał się pożarty przez mole materac, pokryty pościelą w czerwone serduszka), kuchnią (na parapecie leżały opakowania z chińskiej restauracji i kartoniki po soczkach winogronowych) i pokojem dziecięcym, który wprawdzie nie był im potrzebny, ale Dilys zobaczyła na jakiejś wystawie błękitne pluszowe słoniki z wielkimi trąbami.

Dzień był wyjątkowo szary. Przez okno zamiast promieni słonecznych dostawały się jedynie monotonność i wszechobecna nuda. Swojego męża nie widziała od dnia wczorajszego i bynajmniej to także nie było powodem do radości. Rozciągnęła się widowiskowo, jakby słoniki ją obserwowały, i ziewnęła przeciągle.
Po dość krótkiej chwili, w ciągu której Dilys wpatrywała się w białe ściany, rozległo się ciche pukanie. Ciche i delikatne, aczkolwiek równocześnie nachalne. Domatorka podniosła się powoli, wzięła ze sobą swoich błękitnych przyjaciół - Paula i Colina, a następnie, bez zbędnych środków ostrożności, otworzyła drzwi.
Widząc w nich męża marnotrawnego, westchnęła.
- Ach, to ty.
- Cóż za entuzjazm, Królewno.
- Powinnam rzucić ci się w ramiona? – zagadnęła, tuląc pluszaki, gdy Pev ściągnął czarny płaszcz i pomachał jej przed oczami paroma kolorowymi ulotkami z wyspami tropikalnymi. – Co to?
- Nasze wakacje, Królewno. – Usiadł na materacu i zachęcił do tego samego Dilys.
Gdy zajęła już wskazane miejsce, zapytał:
- Paryż? Mediolan? – uśmiechnął się. – Wenecja?
Zamiast udzielić oczekiwanej odpowiedzi, wpatrzyła się nieufnie w jego czarne jak sadza oczy, zmarszczyła nosek i wydęła delikatnie wargi.
- Co jest, Królewno?
- Pev, wybacz to, co mówiłam na twój temat Colinowi. – Zanim zdążył zapytać, co takiego to było, Dilys objęła go mocno i zaczęła dziękować na swój dość oryginalny sposób.
A porzuceni Paul i Colin poczerwienieli z zazdrości.



komentarze [20]

15. Wesoła dziewczyna i jej duch-przyjaciel. /// niedziela, 24 grudnia 2006
Tenże dość wesoły (nazwany tak z braku innych pasujących i równocześnie kulturalnych epitetów) półmetek dedykuję Pen.


Podobał jej się zapach mieszkania May.
Wprawdzie było ono małe, zakurzone, a światło nie miało się którędy dostać, ale pachniało pięknie. Herbatą malinową i starymi książkami. Tak, właśnie tak. Od razu, gdy weszła do ciasnego przedpokoju, poczuła „Przeminęło z wiatrem”, a gdy została usadowiona w kuchni przy małym drewnianym stoliku, usłyszała charakterystyczny świst wydawany przez imbryczek.
Wtedy to właśnie poczuła się jak w domu.
May krzątała się przy szafkach, szukając jakiś łakoci. Zręcznie obracała się wśród niezliczonych półek i robiła widowiskowe półobroty. W końcu postawiła przed Dilys kubek bez ucha i talerzyk z trzema krakersami. Herbata była wyśmienita – taka właśnie, jaka być powinna. Nie za słodka i nie za gorzka. Po prostu w sam raz. Dilys od razu polubiła tą dziewczynę, stworzoną do pracy w herbaciarni. May uśmiechała się, co jakiś czas przymilnie, szmaragdowe oczy błyszczały jej bez powodu, a kruczoczarne włosy falowały między umeblowaniem. Nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia lat.
Gdy w końcu usiadła na niskim taborecie, naprzeciwko Dilys, ta raczyła się odezwać:
- Dziękuję – powiedziała nieśmiało, odruchowo chwytając mocniej kubek i parząc sobie ręce.
- Ależ to nic wielkiego. Następnym razem możemy iść na herbatę do ciebie.
May wpatrywała się w gościa tak wytrwale, że ten opuścił wzrok i zainteresował się przed chwilę swoimi zmarzniętymi (i poparzonymi) dłońmi.
- Coś nie tak? – zapytała, obdarzając Dilys promiennym uśmiechem, co dodało jej na chwilę odwagi.
- Bo ja nie do końca mam dom – burknęła w stronę doskonałej herbaty.
Dziewczyna popatrzyła na nią współczująco.
- No wiesz, mam jedno łóżko wolne – zaproponowała.
Dilys nieśmiało podniosła wzrok.
- A więc załatwione – wykrzyknęła radośnie May. – Jeszcze herbatki?
Nowa współlokatorka skinęła tylko głową i zastanowiła się, czy May jest w ogóle czarownicą.

*


- Merlinie – mruknęła, wyrzucając wszystko z lnianej torby na ławkę.
Paru Mugoli obróciło się, by popatrzeć na nią litościwym wzrokiem. Kobieta w ekstrawaganckiej musztardowej sukience do kolan musiała przyciągać wzrok. Szczególnie, że był ostatni dzień stycznia, a jej jedynym sprzymierzeńcem był długi tęczowy szalik. Dilys nie należała do osób przejmujących się temperaturą, to było jasne. Nie obchodziła ją także wygoda, co stwierdzić można było na podstawie czarnych ‘szpilek’, które co chwilę musiała wyciągać z nielicznych już zasp śniegu.
- Wodo w stanie stałym, powinnaś się już dawno pogodzić ze swoim losem i stopnieć – powiedziała do swojego wroga numer jeden jakąś chwilę temu.
Ludzie niemagiczni w końcu wrócili do wcześniej wykonywanych czynności i czarownica mogła się cieszyć chwilą, tak potrzebnej, prywatności.
Z torby najpierw wypadły rękawiczki, nienoszone na rękach, bo nigdy nie było dostatecznie zimno, by z nich skorzystać. A następnie, w kolejności całkiem przypadkowej i niezbyt ważnej w tymże opowiadaniu, na ławce znalazły się również: cukierki miętowe, spinki w kształcie motyli, dopiero co zakupione – jagodzianki, okulary przeciwsłoneczne (tylko Dilys wie, po co jej one o tejże porze roku), książka bez okładki, parę długopisów żelowych, garść złotych monet i resztka herbatników, którymi karmiła dzień wcześniej gołębie.
- No tak – mruknęła poirytowana – chusteczek oczywiście nie ma.


*

- Jak się masz, Dilys? – zagadnęła następnego dnia May, wchodząc do kuchni.
Usiadła po drugiej stronie mizernego stolika. Ziewnęła, zakrywając usta dłońmi i mruknęła coś niezrozumiałego, brzmiącego jak ‘wybacz’.
Gdy krzywa wskazówka zegara, wiszącego nad malutkim oknem, dotarła do dwunastki, May machnęła niedbale ręką w kierunku ekspresu do kawy. Ten drgnął i rozpoczął swoją pracę. Dilys patrzyła na tą ewidentną magię i poczuła się przy May malutka. Zdała sobie sprawę, że usta ma otwarte, więc je zamknęła. Tak dawno nie widziała czarów!
Po krótkiej chwili dwie małe filiżanki w chińskie wzorki lewitowały w ich kierunku, aż zatrzymały się na białym obrusie. Dzbanek z kawą podążył za nimi i gdy tylko znalazł się wystarczająco blisko, napełnił naczynka. Cukierniczka podsunęła się do Dilys, a łyżeczka znalazła się naprzeciwko jej oczu. Kobieta niepewnie ją chwyciła.
- Posłódź – pouczyła ją May z uśmiechem.


- Dziękuję, Noah – powiedziała, chwytając, poruszającą się przez chwilę w powietrzu, bułkę z masłem i marmoladą. Widząc pytający wzrok Dilys, wytłumaczyła: - Noah jest duchem i moim przyjacielem. Zasadniczo jest bardziej przyjacielem niż duchem. Jest tutaj odkąd pamiętam. Właściwie to nie byłoby tego ‘tutaj’, gdyby nie Noah. I nie byłoby mnie w tym i tak nieistniejącym ‘tutaj’, gdyby nie on.
Upiła łyk z filiżanki.
- Może ci się niedługo pokaże – stwierdziła, tym razem wbijając zęby w bułę i zachęcając Dilys do tego samego. Właśnie tak zakończyła się ich poranna dyskusja. Dilys już lubiła Noaha, prawie tak jak lubiła May.
Czuła się jak mała dziewczynka, która właśnie poznaje nowy świat. Warto wiedzieć, że ten świat podobał jej się bardziej od poprzedniego. Świat wesołej dziewczyny i jej ducha-przyjaciela.

*

Dilys zawsze lubiła parki. Miały w sobie coś, co jej się podobało. Szczególnie parki oglądane ciemną nocą. Nawet jeśli nic nie widziała. Wystarczyło jej, że wiedziała jak powinien wyglądać taki park. Wyobrażała sobie ławki z powyrywanymi deskami. Papierki szurające po wąskiej i krętej uliczce. Liście próbujące przekazać jakąś straszną prawdę.
Zatrzęsła się odruchowo.
Cała była pokryta gęsią skórką. Ale co to za różnica, skoro i tak nikt jej nie widział, no nie?
Wpatrywała się w jakiś punkt w przestrzeni. Właściwie nawet nie wiedziała ‘jaki’. Gdzieś na niebie mijały ją chmury, nawet nie zaszczyciwszy spojrzeniem, tylko księżyc przyglądał jej się wytrwale od paru godzin. Nie drgnął ani razu zauważalnie, ona zresztą też nie robiła większych ruchów.
Zawartość torebki nadal leżała rozsypana, okulary zostały założone na nos.
Gdzieś z oddali ktoś szedł. Zziębnięta pani wiedziała do kogo należą owe kroki, budzące w niej dreszcze.
Jegomość, którego nazwała sobie 'tajemniczym', usiadł obok niej. Tak po prostu, nawet nie pytając. Dżentelmeni tak nie robią, pomyślała.
- Witaj, Królewno – powiedział.
- Witaj, Pev.
- Szukałem cię.
Nie odpowiedziała. Nie czuła wyrzutów sumienia. Miała prawo znikać na całe dnie, on tak robił, a ona wtedy nic nie mówiła. I co z tego, że sama się na to zgodziła? Niech poczuje, to co ona czuła przez tyle dni. Dziwnym jej się wydawało, że minęły one tak szybko, że nierealnym było je zapamiętać, i równocześnie tak wolno, że nie mogła ich zwyczajnie zapomnieć.
Prychnęła.
- Wiesz, czego się najbardziej boję?
Milczał.
- Tego, że pewnego dnia po prostu znikniesz z mojego życia! Ja będę siedziała w tym zatęchłym mieszkaniu i wypłakiwała się dniami i nocami. Potem przyjdzie jakiś urzędnik z Ministerstwa, ubrany w aksamitną czerń. Oznajmi mi doniosłym tonem, uśmiechając się dyskretnie, że złapano cię, bądź że nie żyjesz – powiedziała histerycznie. Chciała, by było ją słychać w każdej części parku, tymczasem Pev musiał znacznie się zbliżyć, by usłyszeć cokolwiek. Po chwili ciągnęła dalej już całkiem spokojnie: - Obiecaj mi, że jakbyś miał zniknąć na zawsze, najpierw się ze mną pożegnasz.
- Obiecuję – powiedział bez zastanowienia.
Podniósł ją delikatnie - jak najcenniejszy skarb. Nawet mu się nie opierała. Zostawili lnianą torebkę i ruszyli powoli krętą uliczką. Mężczyzna, który dopiero co odzyskał spokój ducha, z histeryczką w ramionach. Gdyby teraz ktoś powiedział im, że to jedno z ich ostatnich spotkań, zapewne nie chcieliby uwierzyć.
Okulary spadły Dilys z nosa i roztrzaskały się na kawałeczki. Pev poczuł jak kobieta się trzęsie.
Prawie tak samo jak on.

komentarze [20]

14. O zdolności pakowania (się w kłopoty) /// niedziela, 5 listopada 2006
Zbetowała Hes. Z dedykacją dla niej.

Zazwyczaj, gdy pakujemy się w biegu, zapominamy o wielu rzeczach. Wrzucamy wszystko niedbale do walizki i postanawiamy kupić w najbliższym czasie żelazko, które uległo zniszczeniu przy poprzednim pakowaniu. W końcu, kto mógł przypuszczać, że akurat nadepnie się na wijący się wszędzie kabel, on pociągnie za sobą deskę do prasowania, natomiast ta spadnie na całkiem niewinną kobietę, która aktualnie była w nowo kupionej sukience? Oczywiście następstwem tejże sytuacji jest chaotyczne wyrzucenie wszystkiego z walizki, głośny krzyk zawodu i pukanie do drzwi nowych sąsiadów. Choć właściwie staną się oni za chwile starymi sąsiadami, więc potrzeba wytłumaczenia im, co to jest „zły dzień” wydaje się być zbyteczna. A tym bardziej fakt, że niedługi ci sąsiedzi będą mieli swoich nowych sąsiadów, którzy najprawdopodobniej będą bardziej ostrożni.
Więc, jak już wspomniałam, w efekcie zawsze o czymś zapominamy. Tym razem chodzi o główny cel tejże czynności wykonywanej dość chaotycznie nawet jak na Dilys. Będąc dobroduszną autorką, wspomnę, że chodziło o ciche zniknięcie i wrócenie do męża, którego nie chce nazywać się już „byłym”.

*

- Dilys? Co ty tu robisz?
- Mam nadzieję, że mieszkam, człowieku pachnący brandy.
Mężczyzna wzruszył ramionami. Nie zdołał ukryć rumieńców na twarzy.
- Jak mnie znalazłaś?
Stali w progu. On podpity, w jej ulubionej - nie dopiętej - czarnej koszuli. Ona zbyt nieśmiała, by powiedzieć „tęskniłam”.
- Ja nie chcę, żeby to się tak skończyło, Pev.
Poprzednie pytanie zniknęło gdzieś w natłoku nowych myśli, które wydały się bardziej ważne. Odsunął się powoli, wpuszczając Dilys do środka. Gdyby mógł otworzyć usta i wydobyć z nich jakiś dźwięk, czarownica dowiedziałaby się, że nigdy nie wyglądała piękniej niż dziś. Z rumianymi policzkami, rozczochranymi włosami i przekrzywionej sukience, która sprawiała wrażenie nieodpowiedniej na minusową temperaturę.
Rozglądnęła się nieostrożnie po malutkim mieszkanku. Nigdzie nie dostrzegła mebli. Zaprowadził ją do salonu, stała tu tylko stara kanapa, a koło niej parę butelek po trunku.
Zauważając jej zniesmaczoną minę, zgarnął je szybko.
- Dilys…- zaczął zachrypniętym głosem.
- Proszę, pomilczmy.
Spełnił jej prośbę. Usiedli oboje na przeciwległych końcach owego mebla. Przez okno wpadało niebieskie światło neonowej reklamy sklepu spożywczego otwartego przez całą dobę.

*

- Nie szukali cię? – zapytała ostrożnie następnego ranka.
- Na razie mają ważniejsze zadania.
Nie spytała jakie.
- Pev, ja nie chcę, żeby cię zgarnęli ci, do których kiedyś należałeś.
- Dilys…
- Nie, poczekaj. Nie powinnam cię zostawiać. I nie wiem, czy kiedyś mi to wybaczysz. – Znów chciał jej przerwać, więc machnęła ręką. – Ale proszę cię po raz ostatni. Ucieknijmy z Anglii.
Nie było ani jej perlistego śmiechu, ani histerii w głosie. Jakoś nie mógł połączyć Dilys z tą opanowaną osobą, stojącą przed nim, która go kochała nawet, gdy był złym człowiekiem.
Milczał chyba dłużej, niż mu się wydawało.
- A twoja praca? – zapytał w końcu lekko zdezorientowany.
- Ty swoją porzucasz, prawda? – burknęła z ironią w głosie. Popatrzyła na niego wyczekująco. Ich spojrzenia się spotkały, ale on szybko odwrócił wzrok.
Położył swoją rękę na jej dłoni. A ona uznała to za zgodę.
- Pójdę po drożdżówki – powiedziała, uśmiechając się nieśmiało do jakiegoś punktu w przestrzeni, zadowolona ze swoich umiejętności dyplomatycznych.

***



Dilys siedziała na ławce - cała ubłocona, patrząc jak samochody przejeżdżają. Jedne szybciej, drugie wolniej. Oczy – całe zaczerwienione, drgnęły nieznacznie, gdy któryś z przechodniów rzucił jej monetę pod nogi. Właściwie nie widziała, gdzie jest. Ale skoro nie może być tam gdzie On, to chyba nie miało to większego znaczenia, prawda?
Był środek zimy. Płatki śniegu bezczelnie spadały z nieba, całkowicie ignorując ową kobietę i jej nieszczęście.
Zadrżała z zimna. Z za dużą czapką na głowie i rękawiczkami, które miętosiła w dłoniach, bojąc się je założyć, wyglądała wręcz komicznie. Nagle wpadła jej do głowy dziwna myśl, że może jej być zimno. Ale aktualnie jedynym uczuciem, jakie posiadała, była ciekawość: ile może wytrzymać człowiek w styczniową noc na mugolskiej ławce.
Zaśmiała się perliście, na co paru mugoli zareagowało obrzuceniem jej dziwnymi spojrzeniami. Teraz, tu i w tej chwili miało skończyć się jej nędzne życie. Właśnie, gdy ta myśl wpadła jej do głowy, usiadła obok niej czarnowłosa dziewczyna, proponując czekoladkę.

Parę kilometrów dalej, pewien jegomość przyglądał się ledwo migoczącym neonom. Gdyby zlustrować jego osobę, zauważyłoby się zapadnięte policzki, wyjątkowo starą czarną koszulę i ten nieodłączny zapachu brandy towarzyszący mu w zastępstwie partnerki.


***

Brązowowłosa kobieta z krótko ściętymi włosami została objęta w pasie przez mężczyznę o twarzy aligatora. Odruchowo darła na kawałeczki kartkę papieru, która niedawno była jeszcze listem. Wpatrując się w okno, usłyszała jak dziecięce nogi zbiegają po schodach.
- Mamo! – rozległ się krzyk.
- Idź się pobawić z psem, synu – odpowiedział Toad.
Chłopiec popatrzył na rodziców niepewnie. Skoro nie chcieli go słuchać, to po co miał im mówić, że pies, a właściwie psina, poszła szukać Dilys, o którą się tak martwią?
Wydało mu się to prywatną sprawą jamniczki. Po chwili usłyszeli jak Reuel wbiega po schodach, by pobawić się samochodzikami.


komentarze [22]

13. Dokąd ucieka dilys? /// piątek, 20 października 2006
Zza starej kamiennicy wyleciała młoda blondynka w fioletowym berecie, stale gestykulując i ocierając łzy. Tuż za nią wybiegł rozdrażniony dżentelmen w długiej, czarnej pelerynie.

- Unikasz mnie, królewno.
- Po prostu nie obracam się w tym samym towarzystwie, co ty.

Po chwili blondynka zniknęła. Tak raz-dwa zniknęła, a po kolejnej chwili ‘Pev’ schował się za kolejnym zakrętem.


- Nie w sosie? – zagadnęła Gloria potulnie. Postawiła przed Dilys kubek gorącej kawy i równocześnie zaprezentowała swój pierścionek zaręczynowy.
Pani Derwent mruknęła w podzięce, coś nic nieznaczącego i spróbowała utopić swój istnie wspaniały nastrój w cieczy. Jedynym rezultatem, jaki udało się jej uzyskać, było dotkliwe poparzenie języka.
- Glorio, ja jestem dla was ciężarem, prawda? – powiedziała, odstawiając kubek.
- Dilys, o czym ty mówisz? Zajmujesz się Reuelem, siedzisz cicho całymi dniami i grasz z Toad’em w te dziwne mugolskie gry…
- Szachy – podpowiedziała. Równocześnie zastanowiła się, czy czarodziejskie szachy różnią się od mugolskich, tylko tym, że pionki ‘żyją’.
- Właśnie. – Gloria uśmiechnęła się do niej promiennie. – Widzisz? Jesteś błogosławieństwem.
- Ale jak zaczną mnie szukać, to będę problemem.
Pocieszycielka zmarkotniała.
- Chyba pamiętasz, że to był sen, prawda?
- Pamiętam – odparła niepewnie Dilys. – Ale jak naprawdę zaczną mnie szukać?
- To wtedy, moja droga, coś wymyślimy.
To był wyraźny koniec dyskusji.
Mimo, że Gloria myślała, że przekonała współlokatorkę, ta czuła się piątym kołem u wozu, którego trzeba się pozbyć.
Ale to koło zamierzało pozbyć się siebie samo.

***


Chciałaby się rozpłakać, ale nie miała chusteczek.

Miała za to wielką ochotę do Niego wrócić. Wiedziała jednak, że nie przekona Go, by uciekli razem. Nie, na to nie było szans. Mogła jedynie zostać z nim w ich domu i żyć długo i szczęśliwie. A właściwie to tylko "szczęśliwie",
Więc, po co miała wracać?
-Po to by z nim być – szepnął jakiś głosik w jej głowie.
Siedziała teraz całkiem sama, bez Niego, który podałby jej chusteczki i siadł obok.
Była całkiem sama. I po raz pierwszy zdawała sobie z tego sprawę.
Właściwie to nie miała nawet chusteczek.

Zrezygnowana wstała z zimnej posadzki i udała się do ubikacji po papier toaletowy.

Pozostawiła na dywanie jedynie ciepły koc, poduszkę i chmarę szarych myśli, które już za chwilę miały ruszyć za nią.
Ale to dopiero za chwilę.


***


Droga Glorio!

Wielce doceniam to, co dla mnie zrobiłaś. I nigdy tego nie zapomnę. Jednak pora na mnie. Myślę, że zrozumiesz.

Na zawsze Twoja:
Dilys.

PS: Pozdrów męża i dzieci.
PPS: Będę na Waszym ślubie.


***


Młoda Dilys stała przed pięknym, starym domem.
Kontynuowała wieloletnią walkę ze sobą. Jednak i tę bitwę przegrała.
Z głośnym westchnieniem zadumy, włożyła ręce do kieszeni płaszcza i odeszła skąd przyszła. Choć właściwie nie miała dokąd 'odchodzić'.

Chwilę później drzwi się otworzyły, a na dróżkę prowadzącą do wejścia, padło złociste światło. Oświetliło ono małą skrzatkę, obwiązaną starym pasiastym szalikiem.

- Odeszła, proszę pani – zakomunikowała swoim piskliwym głosem.- Młodsza pani Derwent sobie poszła.
- Widzę.
Starsza pani Derwent pospiesznie zamknęła drzwi.


***

Starsza Dilys stała przed mahoniowymi drzwiami, aktualnie wydawały się one wyjątkowo wielkie i groźne, zresztą właściwie, w jej odczuciu, zawsze takie były.

I właśnie w tym momencie, w którym miała zamiar zawrócić, nacisnęła na dzwonek.
Zamknęła oczy, bojąc się cokolwiek zobaczyć. Bała się tego szyderczego uśmiechu na ustach matki i łaskawego „wejdź”.
- Powróciła córka marnotrawna, co? – zagadnął cichy głosik w jej głowie, towarzyszący jej od blisko paru lat.

Nic nie słysząc, powoli otworzyła oczy.
Co jest?
Drzwi się nie otworzyły, nie było uśmiechu i tonu pełnego pogardy. Zresztą te wrota strachu nie miały się szybko otworzyć dla kogokolwiek.

Doskonale wyjaśniała to tabliczka, wbita do ziemi, przy skrzynce pocztowej:
„Na sprzedaż”


komentarze [12]

12. O May. /// sobota, 23 września 2006
Dla Hes. Bo jesteś, złotko.


May z całą pewnością była osobą niesamowicie opanowaną. Jeśli można było zarzucić jej: małomówność, wieczne stąpanie w chmurach, czy manię na punkcie częstowania herbatą i domowymi ciasteczkami, to nieopanowania po prostu nie można było. Nawet teraz idąc przez zakurzony hol, którego ‘dobre czasy’ z pewnością już dawno się skończyły, May próbowała nie strącić z ramion duszy. Co chwile rzucała wzrokiem na wyblakłą tapetę i unoszące się w powietrzu świece, mając nadzieję, że nagle nie zrobi ktoś przeciągu i świece nie zgasną. Wtedy bowiem musiałaby stanąć w ciemnościach i czekać w milczeniu… Na co? Tegoż sama May nie wiedziała.
Dom z całą pewnością mógłby jej wiele opowiedzieć o jego dawnych mieszkańcach. Dziewczyna przystanęła na chwilę, pozwalając sobie wyczuć chwilę. Drgnęło mimowolnie, słysząc perlisty śmiech pani domu i radosne krzyki jej małżonka. Normalnie taką sytuacją uznałaby za iście romantyczna, ale teraz mimo swojego zewnętrznego spokoju, wewnętrznie miała ochotę odwrócić się na pięcie i uciec hen w dal.
Gdy dotarła w końcu do, znajdujących się na końcu korytarza, starych mahoniowych drzwi, strząsnęła teatralnie krucze włosy z ramion i delikatnie, acz stanowczo nacisnęła dłonią na klamkę.
- Witaj – powiedziała na tyle głośno, by nie musieć tego powtarzać, bo po prostu aktualnie nie byłaby w stanie.
Mężczyzna w fotelu obrócił się do niej powoli z miną winowajcy odmalowanej na zapadłych kościach. Niezdarnie ścięte włosy opadały mu pasmami na bladą twarz, tylko oczy pozostały bystre, miotające pytaniami na lewo i prawo, tak podobne do oczu May. Omal nie krzyknęła, choć doskonale znała ich właściciela.
- Czekam aż poczujesz się winny i powiesz mi po kiego grzyba tam przyszedłeś! Pev! Ona cię widziała! Rozumiesz? Widziała! – zakomunikowała widząc jego zmieszanie, co pozwoliło jej się poczuć chwilowo pewniej . – Wiesz, ile musiałam się namęczyć, żeby tamci uznali to za głupi sen? Wiesz? – Ów dżentelmen najwidoczniej nie wiedział, więc postanowiła go poinformować – Musiałam ją ogłuszyć i zataszczyć do łóżka! Gdy rano się obudziła na szczęście postanowiła podzielić się z Glorią twoim widokiem, gdyby nie to… Ach! Nie chcę nawet o tym myśleć. Czy tak czy owak ona uznała to za zwyczajny sen, jak już mówiłam.
Spojrzała na niego ukradkiem, chcąc zobaczyć, czy przejął się jakimikolwiek konsekwencjami. Następnie mruknęła coś niezadowolona.
- I nie myśl, że wyjdę stąd, dopóki mi nie powiesz wszystkiego! – Kończąc ów zdanie znalazła sobie fotel wolny od pajęczyn i od razu zapadła się w miękkie poduszki.
- Ja jej pilnuję, a ty siedzisz daleko. Taka była umowa! Ale nie! Bo ty musisz się na nią napatrzyć!
Mężczyzna drgnął niezauważalnie. May czekała dłuższą chwilę, a nie obserwując dalszych zmian wyrazu jego twarzy, zapytała rozdrażniona:
- Pev? Jak ona odzyskuje pamięć?
Proudfoot rozważył wszystkie możliwości i argumentacje, które może wykorzystać, informując siostrę, że dostał się do Munga nieproszony i do tego pod postacią Zacka, następnie ofiarował jej stary medalion, który był wszem i wobec uważany za ich głównego swata. Oczywiście nie mógłby ominąć faktu, że Dilys widziała Mroczny Znak, rzuciła na niego zaklęcie niewybaczalne i stwierdziła, że ma wobec niej dług do spłacenia.
- Nie wiem – odpowiedział w końcu, głosem tak zmęczonym i dramatycznym, że dziewczynie przez chwilę zrobiło się go żal.
- Pev... – zaczęła.
- May, pilnuj jej i o tyle cię proszę. Wiem, że nie powinna mnie widzieć i szczerze bym cię przeprosił, gdyby tylko miało to zagrozić jakoś jej bezpiecznemu pobytowi u Savittów. Zresztą przeniesienie jej do…
May znacząco odchrząknęła, chcąc mu przerwać.
- I myślisz, że ona tak po prostu za tobą pójdzie?
- Skoro Reuel wysłuchał Bliznowatego i zajął się psem?
- To nie to samo – burknęła.
- Skoro tak twierdzisz – rzucił pokojowa. – Zresztą może już niedługo odzyska pamięć, ministerstwo przestanie uważać ją za zagubioną, a ona…. – Tu zawachał się. – A ona wróci do Doliny.
Przez chwilę zastanowił się, czemu boi się siostry dwa razy młodszej od niego i nie chce jej powiedzieć wszystkich swoich mało prawdopodobnych przypuszczeń.
Natomiast May mruknęła coś po raz kolejny niezadowolona. Wstała, obróciła się o sto osiemdziesiąt stopni i zniknęła z głośnym trzaskiem.
Peverellowi zdawało się przez dłuższą chwilę, że słyszał też coś na kształt „akurat”.




Wiele kilometrów dalej na starym dywanie pomiędzy porozrzucanymi żołnierzykami siedziała blada kobieta. Odruchowo uśmiechała się do małego chłopca, choć równocześnie zastanawiała się nad wszystkim i nad niczym.
- Tatatatata! – krzyczał malec, galopując wojownikiem po ścianie.
- Reuel! Konie nie latają – stwierdziła. – Chyba, że mu się to tylko śni.
- Mu sie nie sni!
Chłopiec nazwany Reuelem założył teatralnie rękę na rękę i wydął wargi.
Dilys zaśmiała się perliście, po czym burknęła bardziej do siebie, niż do towarzysza zabaw:
- Mi też się tak zdawało.

Gdzieś pomiędzy drzewami pojawiła się młoda dziewczyna, strzepnęła krucze włosy z ramion i… poszła przed siebie, już jako jamniczka, dumnie unosząc pyszczek, oczywiście myśląc intensywnie o wślizgnięciu się pod puchową kołdrę Dilys.

komentarze [11]

11. Suknie ślubne, melancholiczka i ewakuacja. /// niedziela, 20 sierpnia 2006
Dla Kim. Bo się zlitowała i gniota zbetowała.


- A ta?
- Czerwona?- zdziwiła się Dilys.
Gloria przyjrzała się sukni jeszcze raz, po czym odparła tonem znawcy:
- Tak, ona jest czerwona.
Obie wybuchły śmiechem. Gloria cichym, prawie niedosłyszalnym, a Dilys perlistym, zbyt oficjalnym.
- Czerwień jest kolorem miłości – stwierdziła przyszła panna młoda. Siedząc na kanapie, z głową na miejscu nóg, a nogami na miejscu głowy, wyglądała wręcz komicznie.
- A także diabłów.
Gloria zamrugała teatralnie.
- Przecież ty nie wierzysz w diabły, moja droga.
Dilys zmieniła pozycję na puszystym dywanie. Wywróciła się na brzuch i podparła głowę rękoma.
- Ale Toad wierzy, moja droga – rzekła swoim cichym głosikiem, nakładając nacisk na ostatnie dwa słowa.
Miłośniczka czerwieni pogodziła się z porażką, mruknęła coś, co brzmiało „tak to jest wychodzić za mugola" i obróciła stronę w albumie sukni ślubnych.
- A lawendowa?
- Glorio, czy ty naprawdę chcesz wyglądać jak jeden wielki kwiat?
Właścicielka imienia pokręciła głową.
- Nie, chcę wyglądać jak jeden mały i słodki kwiatuszek.
Dilys wykręciła młynek oczami. Wyrwała Glorii album i otworzyła go na białych sukniach.
- A te?
- Zbyt tradycyjne – odparła pospiesznie zapytana.
- A co jest złego w tradycyjnych sukniach?
- Pewnie to, że są tradycyjne.
Szanowna Uciekinierka westchnęła głęboko.
- Ja miałam białą suknię – oznajmiła, zdając sobie sprawę, że zachowuje się jak własna matka.- A może ty lepiej pójdź do ślubu w dżinsach i topie?
Gloria wydęła wargi już chcąc potwierdzić, ale ktoś wszedł jej w drogę…
-Czas na nas, Glorio.
Obydwie damy spojrzały na Toada, który zapewne już od dłuższej chwili stał nad nimi, marszcząc niezrozumiale brwi.
Gloria podniosła się ociężale z fotela, strzepnęła teatralnie kurz z bluzy i powiedziała donośnie:
- Tak jest, mój panie i władco.
Znów wybuchły nieokiełznane chichoty. Do salonu wbiegł Reuel, patrząc się na nie niczym ojciec. Ten natomiast stał niewzruszony, najwyraźniej czymś zdenerwowany.
W końcu podniósł ręce w dramatycznym geście i opuścił salon. W drzwiach powiedział, coś na tyle cicho by nie usłyszał tego nikt poza synem, a na tyle głośno by zaciekawić damy.
- Nigdy nie próbuj zrozumieć kobiet, Reuel.
Tuż za nim wyszła Gloria, a tuż za nią młody panicz w swetrze w renifery, nie zdający sobie jeszcze sprawy, że właśnie usłyszał największą prawdę życia.

Dilys zamknęła album i uśmiechnęła się dyskretnie, choć nikt jej nie obserwował.
Po raz pierwszy od tak dawna poczuła się w pełni normalna.
I po raz pierwszy nie chciała tego zmieniać.


***

Wrócili. Oboje. Szczęśliwi.
Gloria wpadła do jej pokoju w dość bezpardonowy sposób, rzuciła się Dilys na szyję. Gdy ta próbowała odwzajemnić uścisk lub chociażby uśmiech, zdała sobie sprawę, że wychodzi jej z tego tylko jakiś szczękościsk.
Toad stał w drzwiach. Porzucił gdzieś po drodze minę inteligentnego psychologa, zamieniając ją na jakiś dziwny niespotykany u niego grymas- zwany radością.
- Niedługo stanę się najszczęśliwszym mugolem na ziemi – oznajmił w kierunku aktualnie duszonej z jakąś dziwną radością w głosie.
- Mogę prosić o jakieś wytłumaczenie? – zapytała, udając że ją to interesuje i bijąc się po głowie za brak należytego entuzjazmu.
Toad popatrzył na nią z powagą.
- Dziś oficjalnie poprosiłem o rękę Glorii.
Była uzdrowicielka ponownie spróbowała się uśmiechnąć, teraz wyszło jej to lepiej.
- Gratuluję – odparła, mając szczerą nadzieję, że tylko ona dostrzegła w swoim głosie jakąś niechęć. Para narzeczonych szczerzyła się teraz do siebie.
Nie może być niemiła, nie dla nich. Cichy głosik w jej głowie szepnął:
Ty taka promienna już nigdy nie będziesz, co?
Zamknij się, pomyślała podtrzymując uśmiech i równocześnie martwiąc się, że tak już jej zostanie.

***

Zrobiło jej się słabo.
Jak była mała, mama zabrała ją raz do teatru pacynek. Kukiełki ciągnięte za sznurki czyniły, co im człowiek nakazał. Skakały, robiły piruety, wyginały się nieludzko… Tak właśnie czuła się Dilys. Jak jakaś cholerna marionetka.
Już kolejną noc miała zamiar spędzić w kuchni nad kubkiem zimnej kawy. Bała się zasnąć. Tym razem nie przez piękne sny, lecz przez okropne koszmary. Popatrzyła w biały sufit, zamykając na chwilę powieki.
Ciemność. Pazury. No i ona.
A myślała, że wszystko minie. Że poza szpitalem będzie lepiej.
I guzik.
Napiła się ohydnego płynu, odzyskując na chwilę zdolność logicznego myślenia. Co, rzecz jasna, było skutkiem ubocznym. Dobita do ziemi niedolami własnego życia, usiadła na krześle. Rozległo się głośne szuranie, świadczące o dosuwaniu ów mebla, wtem zdała sobie sprawę, że zawsze będzie już TĄ Dilys Derwent. Uciekinierką i wariatką, ściągającą nieszczęścia na przyjaciół.
- Egoistka! – mruknęła sama do siebie. – A jeśli złapią Glorię i Toada? Egoistka! A ty nawet nie umiesz cieszyć się ich szczęściem! Egois…Czy to właśnie nazywa się melancholią?
Nie, to depresja.
Och, jaką miała chęć przerwać tą wszechobecną ciszę, w której było słychać tylko jej równy oddech i myśli!
Jutro znów obudzi się z podkrążonymi oczami, niewyspana, zmęczona i znów będzie udawać trzecią z „najszczęśliwszych” osób na świecie.
Sama już nie wiedziała, przed czym tak ucieka. Przed czym tak się chowa.
Rozsunęła niezdarnie bordowe zasłonki. Zanim zdążyła przyglądnąć się krajobrazowi… Zamrugała.
Za ośnieżonymi drzewami wyraźnie coś się poruszyło. Przycisnęła nos do szyby.
Ponownie zamrugała. Przyglądała się z jawnym zainteresowaniem czarnej pelerynie i jej właścicielowi. Przez chwilę miała wrażenie, że ich spojrzenia się spotkały. A już w następnej zdała sobie sprawę, co powinna zrobić. Szybko dopiła kawę.

Wspinając się po schodach, postanowiła, że nikomu o tym nie powie.
Musi stąd zniknąć.
I to szybko.

komentarze [7]

10. Tłumok i Psychiatra /// środa, 12 lipica 2006

-Co robisz, Dilys?
Stanął w drzwiach i przyglądał się, jak owa dama wrzuca niezdarnie ubrania do czarnej walizki. To letnie sukieneczki, to najrozmaitsze spódniczki, to kolorowe bluzeczki. Czy tak, czy owak wszystko za chwilę będzie się nadawało to wyprasowania.
- Królewno? Nie wiem czy zauważyłaś, ale jest zima – skomentował.
Podeszła energicznie do komody i wyciągnęła jedną z szuflad. Nie bacząc na komentarze małżonka, obróciła ją do góry nogami i dosypała jej zawartość do reszty bagażu.
- Królewno?
- Nie nazywaj mnie tak – burknęła, przechodząc obok. Wyjęła z szafy suknie wizytowe i wraz z wieszakami włożyła je do walizki.
- Dilys, co ty, na Merlina, robisz?
- Wyjeżdżam –odpowiedziała, dokładając do ekwipunku dwie pary kozaków. – Z tobą albo bez ciebie.
Patrzył na nią w osłupieniu przez moment.
- Dobrze, uciekaj – skwitował.
Zerknęła na niego, zgniatając walizkę własnym ciałem, a następnie przesuwając z trudem zamek.
- Ja nie uciekam, Pev. Jadę do mamusi.
- Przecież wy się nienawidzicie!
Popatrzyła na niego, unosząc brew tak wysoko, że znikła pod krzaczastą krzywką.
- Do twojej mamusi, tłumoku.
Stali, patrząc na siebie, jakby pierwszy raz się zobaczyli.
- Pomożesz mi z tym bagażem, czy mam go sama dźwigać do kominka? – zapytała w końcu.
Odwrócił się do niej plecami, co było dość oczywistą odmową. Wyszedł zostawiając ją sam na sam z walizką.
- Zabiłeś człowieka!- krzyknęła.
Jako odpowiedz uzyskała tylko oddalające się kroki. Wybiegła za nim z pokoju.
- Nie zachowuj się jak dziecko! – ryknęła w jego plecy. – Może matka przemówi ci do rozumu!


Otrząsnęła się. Popatrzyła już całkiem trzeźwo w niebo, a białe płatki śniegu spadały na jej bladą twarz. Odetchnęła głęboko, po raz pierwszy od wielu dni świeżym powietrzem. Obracała głowę w każdą stronę, by móc nacieszyć się tym widokiem śnieżystej bieli. Prawie słyszała świąteczne piosenki i czuła zapach noworocznych fajerwerków.
Choinki uginały się pod ciężarem wyżej wymienionego puchu, a Dilys z każdym krokiem zanurzała letnie sandałki w coraz głębsze zaspy. Jednak szła dalej, tak jak szła, będąc coraz dalej od domu.
- Toad? – obróciła się słysząc czyjś nierówny oddech. – Co ty tu robisz?
- Szukam cię – odparł, dobiegając do niej. – Wracajmy.
Dilys popatrzyła na niego, nie ukrywając zdziwienia. W końcu była taka ładna zimowa pogoda, prawda?
- Dobrze.

Postawił przed nią kubek gorącego kakao. Dilys kulturalnie szepnęła „dziękuję” i rozglądała się dalej (już niekulturalnie) po jego gabinecie. Przeciągnęła swój wzrok od wysokich regałów zapełnionych starymi książkami, przez dziwaczne trofea powieszone na honorowych miejscach, po oprawiony w ramkę dyplom z nagłówkiem „Toad Savitt” i z wypisanymi poniżej gratulacjami dla tegoż pana psychologa. Sam Toad siedział naprzeciw niej za wystawnym biurkiem. Założył na nos swoje prostokątne okulary i wpatrywał się w Dilys jak na okaz w zoo. Owa kobieta natomiast, gdyby wiedziała, co to znaczy „czuć się niezręcznie”, z całą pewnością właśnie tak by się czuła.
- Więc Gloria będzie nazywać się Savitt? – zagadnęła, napiwszy się uprzednio łyk kakao.
Toad uśmiechnął się tylko sugestywnie.
- Ostatnio wypisują o tobie wszystkie gazety, Dilys – zaczął po chwili wahania. – Powiedz, jak się z tym czujesz?
- Od zawsze to robili. Jestem…Jestem…- tu się zastanowiła. No właśnie, jaka?
- Przyzwyczajona? - podpowiedział jej.
Kobieta zamrugała.
- Tak, chyba tak.
Siedzieli ponownie w ciszy. Dilys siorbiąca kakao, a Toad patrzący na nią jak na nowy neseser.
- Fascynujące – mruknął.
Tak by tego Dilys z całą pewnością nie nazwała. Dziwnym. Niemiłym. Okropnym. Ale fascynującym?
- A co pamiętasz? Nie, złe zadałem pytanie… W jakim tempie wraca twoja pamięć, Dilys?
- Nie pamiętam tylko ostatnich dwunastu lat, ale i to sobie przypominam….
- W jaki sposób? – przerwał jej.
- Na początku były to sny, a teraz… To… to…
- Samo wraca?
Dilys poczuła się jak na wizycie u psychiatry. Odpowiedzi same jakoś wydostawały się z jej ust.
- Tak, to samo wraca – potwierdziła, zastanawiając się, kiedy zaczną rozmawiać o jej dzieciństwie.
- Fascynujące.
- Może trochę – burknęła.
Spojrzał na nią jakby się ocknął z głębokiego transu.
-Dilys, czemu nie sypiasz? To przez te sny?
Zamrugała. A więc wiedział.
O dzieciństwie już nie rozmawiali. Uratował ją Reuel, który wpadł do gabinetu, krzycząc, że znalazł przemarzniętego pieska. Toad wybiegł za synem, zostawiając Dilys, która po raz pierwszy zastanowiła się, czy to, że odzyskuje pamięć było aż tak widać, by Gruba Dolly doniosła o tym wyżej?


Ludzie przyzwyczajają się do wielu dość niezwykłych rzeczy.
Do okropnego szefa, syna-renegata, męża-pijaka, kłótliwych rodziców.
A Dilys przyzwyczaiła się do publicznego życia. Do braku prywatności. Do robienia z niej wariatki na skalę pierwszych stron gazet.

Ona takowe przyzwyczajenia nazywała codziennością.

komentarze [25]

9. Ciasteczka /// poniedziałek, 3 lipica 2006
Gdy Dilys weszła do kuchni wcale nie była zdziwiona.
Zdziwiona była, gdy mały Reuel ubzdurał sobie, że jest x-menem i chciał wyskoczyć z okna (znajdującego się na drugim piętrze) i polecieć hen w dal, oczywiście omijając fakt, że pod nim był beton.
Zdziwiona była, gdy poinformowała o tym Toad’a, a on mruknął: Dorasta!
Zdziwiona była także, gdy Gloria przyniosła jej swoje stare ubrania, składające się głównie z takowych, które nosiło się w erze dzieci kwiatów.
Tym bardziej była zdziwiona, gdy stwierdziła, że owa odzież się jej podoba.
Ale teraz…? Teraz Dilys nie była zdziwiona.

Gloria siedziała swoim zwyczajem na parapecie i popijała kawę. W rękach trzymała szarą brukową gazetę, czyli „Proroka”, bo tak właśnie go nazywała. Gdy tylko zobaczyła Dilys, mruknęła coś o tostach z dżemem na śniadanie i wróciła do jakże pasjonującej lektury. Na pierwszej stronie przyszłej makulatury widniało wielkie zdjęcie Pani Uciekinierki, a pogrubiony tytuł artykułu głosił: Dilys Derwent została porwana!, tuż pod nim mniejszą czcionką był dopisek: „Więcej na str. 5-6.”
Dilys wywróciła oczami. Po chwili dało się słyszeć szuranie dosuwanego krzesła.
No cóż…Coś wymyślić musieli, pomyślała. Następnie zabrała się leniwie za konsumowanie tostów.
***


Dnia pierwszego stycznia dawna uzdrowicielka Dilys Derwent została porwana. „Weszłam do jej pokoju i jej tam już nie było –komentuje całe zajście Dolly Bladeford – po prostu zniknęła!” Już dziś do gotowości zostali postawieni wszyscy aurorzy, a ministerstwo rozesłało listy gończe. „To się musiało w końcu stać – mówi pewien anonimowy pracownik ministerstwa. – Wszyscy podejrzewamy Proudfoota, to on zawsze czyhał na jej życie.” Przypominamy, że to właśnie ów pan omamił ją, a następnie uśmiercił jeszcze nienarodzone dziecko. To właśnie te czynniki mogły spowodować uraz pamięci Dilys Derwent, choć niektórzy twierdzą, że to była zamierzona akcja. W końcu Dilys znała jego wszystkie sekrety, a teraz, gdy zaczyna odzyskiwać pamięć, może stanowić zagrożenie...
Dilys podniosła głowę znad tekstu. Z kuchni słychać było otwieranie szafek. Zerknęła na zegarek. Grubsza wskazówka ułożyła się na godzinie szóstej.
To za wcześnie, żeby ktoś wrócił, pomyślała.
- Reuel! – krzyknęła, zerwawszy się nagle z fotela. Omal nie wywracając się na dywanie, stanęła w końcu w drzwiach, wtem ujrzała chłopczyka z chochlą w ręce, która wyciągała się ile mogła, by dosięgnąć do półek, a potem zapewnie zaczepić się opakowania i zrzucić chrupki.
Dilys oparła się o framugę i powstrzymując śmiech, zagadnęła:
- Pomóc ci w czymś?
Chłopczyk popatrzył na nią urażony, robiąc minę mającą zapewne wyrażać coś w stylu: „Jestem samodzielny”. Dilys wzięła go pod pachy i posadziła na stole.
- Poczekaj, zrobimy sobie coś do jedzenia. Może zapiekanki? Hm… Co jedzą dzieci? – zaczęła przeglądać półki. – Albo budyń? Kisiel? Eee… Płatki z mlekiem? Mamy mleko, Reuel? Nie, co?
Po chwili zaniechała poszukiwań i oparła ręce o biodra.
- Ciasteczka?

Naprawdę przyjemnie było patrzeć jak chłopiec swoimi małymi rączkami wyciskał gwiazdki w cieście. Oczywiście Dilys musiała mu wytłumaczyć, czemu nie wolno rzucać w ludzi ową papką oraz czemu niegotowych ciasteczek się nie je. Jednak później oboje patrzyli z dumą w szybkę piekarnika, za którą piekła się ich kolacja.

Ostatnią osobą, która odwiedziła Dilys, była Gloria Midleton. Ministerstwo jednak nie zalicza jej do podejrzanych, mimo to i ten trop zostanie sprawdzony. Była ona jedyną osobą, mogącą odwiedzać panią Derwent.


[dopisek]
- Dilys?
- Tak, Glorio?
- Możesz mi wytłumaczyć skąd się wzięły okruszki w moim łóżku?
- Nie.

komentarze [29]

8. Nie lubię dzieci /// środa, 28 czerwca 2006
Patrzyła przez dłuższą chwilę na Glorię. Ta, oparta łokciami na parapecie popijała ‘małą czarną’. W przerwach między łykami usta jej się właściwie nie zamykały. Dilys zastanawiała się, kiedy wpuszcza powietrze do ust, bo dwutlenek węgla wydychała na okrągło.
Wszystkie uwagi dotyczące postępowań ministerstwa puszczała mimo uszu i co jakiś czas przytakiwała, „masz rację”, „oczywiście”, „a jakby inaczej?”.
Tymczasem, gdy panna Midleton wyżywała się na niewinnych urzędnikach, w głowie Dilys trwała wojna Dobrego Wychowania z Wrodzoną Ciekawością.
Spojrzała na swój talerz, cały w rozpaćkanej jajecznicy. Odłożyła widelec najciszej jak mogła, by równocześnie zapytać: „Czy nikt nie pamięta o moim uczuleniu na jajka?”.
W tym momencie Wrodzona Ciekawość wygrała i dała o sobie znać, podnosząc czarne pirackie flagi.
- Glorio? – zagadnęła Dilys, korzystając z chwilowej pauzy. Imienniczka popijała brązową ciecz ze swojego kubka. Po chwili wahania obróciła głowę w jej stronę, co Dilys uznała za „proszę?”.
- Czemu mnie tu ściągnęliście? – pierwszy wyraz prawie krzyknęła, a kolejne szepnęła na tyle cicho, by Gloria musiała spytać:
- Co?
- Czemu mnie tu ściągnęliście? – powtórzyła już wyraźnie - Oczywiście jestem ci bardzo wdzięczna – dodała pośpiesznie.
Gloria popatrzyła na nią zdziwiona, kładąc kubek na parapecie.
- Przecież ci mówiłam. Na mój ślub, Dilys.
- Jest on jest za trzy miesiące – drążyła temat.
- Ale trzeba kupić suknie, zamówić salę, Toad ma nauczyć orkiestrę swojej ulubionej piosenki, Reuel nie mam garnituru, moja matka musi wrócić ze Szkocji. Dilys… To naprawdę nie takie proste…
- Glorio! Przestań!
Gloria przestała. Przez dłuższą chwilę było słychać tylko pluskanie wody, niezgrabne szorowanie kubka po kawie i zgrzyt innych naczyń, gdy ten wylądował na ich stercie w suszarce. Dilys przyglądała się temu z miną winnej.
- Glorio? – zagadnęła potulnie.
- Jeszcze jakieś pytania?
- Tylko trzy.
Gloria prychnęła. Dilys pamiętała jak ta robiła to w szkolnych czasach, z tą swoją kocią gracją. Na samo wspomnienie mimowolnie się uśmiechnęła. W końcu Glorię poznała właśnie w Hogwarcie, do dziś pamiętała jak ta wkroczyła do Pokoju Wspólnego Puchonów w swojej kolorowej bluzie w jakieś niezidentyfikowane stwory i z mugolskim pochodzeniem pod pachą.
- Więc po pierwsze - zaczęła nie czekając na pozwolenie - dlaczego na liście pisało „przepraszam”?
Panna Midleton spojrzała na nią, jakby było to oczywiste.
- Nie każdy lubi być ściągany świstoklikiem bez pytania.
- Aha, rozumiem – skłamała. - Po drugie… Wiesz, że ja naprawdę jestem ci bardzo wdzięczna za to, że nie muszę już gnić w Mungu?
Dilys przywołała na twarz swój najmilszy uśmiech. Gloria trochę się udobruchała. Pytająca, widząc rumieniec na jej twarzy, odetchnęła w duchu. W końcu podstawą uzyskania odpowiedzi było przygotowanie sobie odpowiedniego gruntu.
- A po trzecie?
- Wiesz, że ja wiem o ucieczce Peva?

***


- Reuel, pożegnaj się z mamą – Gloria zaśmiała się łapiąc synka w ramiona.
Dilys przyglądała się tej całej scenie z niewinnym uśmieszkiem na twarzy i strachem w duchu. W końcu to ona spędzi z dzieciakiem resztę dnia.
Rodzicielka puściła wyrywającego się synka ze śladem szminki na policzkach. Ten wytarł się rękawem z głośnym „Fu!”, pozostawiając na bluzie czerwoną pozostałość zbrodni dokonanej.
- Wrócę wieczorem, Dilys. Obiad wystarczy podgrzać.
Po chwili rozległ się głośny TRACH i Glorii już nie było.
Stali teraz oboje, Dilys i Reuel w jednej linii, patrząc tępo w przestrzeń. Po chwili jako pierwszy ruszył się Pan Młodszy, zapewne nie mogąc ustać w miejscu. Po kolejnej tym razem dłuższej chwili drgnęła Pani Starsza. Tym razem powód był bardziej sprecyzowany. A mianowicie Reuel pociągnął ją za spódnicę, chcąc zwrócić na siebie uwagę.
- Tak?- zapytała wyniośle, pamiętając jeszcze „panią od wariatów”.
Chłopczyk popatrzył się na nią swoimi brązowymi oczami, które nagle wydały się takie duże i słodkie. Dilys jeszcze nie wiedziała, że nazywają się one „uciekaj póki możesz”.
- Popawi se ze mnom pani?
Powiedz nie, Dilys. Powiedz nie.
- Oczywiście.

Po kwadransie, który wydawał się wiecznością siedziała za sofą, odpychając od siebie, co jakiś czas wielgaśne liście paprotki i słysząc:
- …Pienc, sesc, sedem, osem, dzewienc! Sukam!
W tym momencie rozległ się tupot małych nóżek. Tupot trwał i trwał...

- Panie Peverel Proudfoot! Skąd jest ta krew?! –krzyknęła pulchna blondynka. To zdecydowanie nie było pytanie.
- Dilys, Królewno… Ja ci wszystko...
Gdy próbował ją objąć, odsunęła się o krok. Spojrzała z politowaniem na jego niegdyś białą koszulę, która teraz płonęła czerwienią.
- Nic nie tłumacz! Skończ z tym!
- Dilys! Nie wiesz, o co prosisz!
Odsunęła się o kolejny metr.
- Ależ doskonale wiem! Pev! Uciekniemy! Błagam! – teraz miała już łzy w oczach. – BŁAGAM!
- Dilys …

- Dilys, Dilys…
- Tatusu, ja nie chcalem popknonc na tom paniom paproki…
- Spokojnie Reuel, nic jej nie będzie.
- Tatusu!
- Dilys, Dilys…
- Tatu…
- Naprawdę, synku.
Dilys przysłuchiwała się tym dyskusjom. Z upływem czasu coraz bardziej czuła pulsujący w głowie ból. Paprotka, hm? Ja mu dam…Po chwili głębokiego namysłu otworzyła oczy. Omal nie krzyknęła, gdy ujrzała przed sobą okrągłą twarz malca.
- Tatusu! Ta pani szyje!
Parę kropel z mokrej chusty, którą miała na czole, kapnęło jej na oczy. Zamrugała nerwowo.
- Witaj, Dilys – przywitała ją druga głowa, która wepchnęła się na miejsce pierwszej. Tym razem była to twarz mężczyzny podobna kształtem do aligatora.
- Jestem Toad – przedstawił się, choć nie było to konieczne.
- Dilys – mruknęła, poczym znowu zamknęła oczy, mając dość złudną nadzieję, że obudzi się jeszcze raz i obydwoje znikną.

***


Mały domek Glorii na tle nocy prezentował się pięknie. Otaczający go las, otulał go do snów, a gwiazdy śpiewały kołysankę. Aż dziwne, że w czasach „Pottera Wybrańca” takie miejsca mogą w ogóle istnieć.
Gloria i Toad już dawno zasnęli, pozostawiając na podłodze katalog sukni ślubnych. Dilys leżała w łóżku, patrząc w sufit. Zadawała sobie w kółko jedno odwieczne pytanie: „Do czego to wszystko zmierza?”
Tymczasem mały Reuel wyczołgał się spod kołdry i przykleił nosek do szyby. Z drugiej strony okna uśmiechał się do niego pokiereszowany mężczyzna.

komentarze [17]

7. Nocne koszmary /// czwartek, 8 czerwca 2006
Trzymał się jej tylko szloch. Ten podobny do kropel jesiennego deszczu, najpierw uderzającego delikatnie o dachówki, by później rozpadać się na dobre.

Było to dziwne pomieszczenie. Nie było w nim ani okien, ani lamp. Wyglądało jakby ciemność rozgościła się tu na dobre i nie miała najmniejszego zamiaru odejść. Kobiecie wydawało się, że ściany z dnia na dzień zbliżają się ku sobie- coraz bardziej. A klaustrofobia jej nie pomagała, a właściwie to wręcz przeciwnie, przeszkadzała jej. Mimo iż nic nie widziała z otwartymi oczami, zamykała mocno powieki. Chciała stracić znów świadomość. Wariowała.
Zwijała w swoich młodych dłoniach brudny koc. Był jej jedynym przyjacielem.

Co jakiś czas podchodziła do drzwi. Tych wielkich, metalowych. Wypatrywała przez szparę ludzi. Tylko tyle chciała – ludzi. Choć nie potrafiła już rozmawiać. I nie chciała. Wolała patrzeć i wspominać.
Podniosła swoje zapuchnięte oczy. Usłyszała delikatny szmer klucza w zamku.

Na drzwiach widniały ślady ludzkich paznokci.


Dilys zerwała się jak podpalona. Po jej czole spływały kropelki potu. Oczy dziwnie wytrzeszczone przyglądały się nowemu otoczeniu. Oddech miała nierówny i dziwnie płytki. Siedziała przez dłuższą chwilę na łóżku zastanawiając się, co się stało.
I gdzie jest. Ale to wydawało się już jej mniejszym problemem.
Trzeba wiedzieć, że Dilys mało przejmowała się sprawami doczesnymi. A fakty typu, gdzie jest, skąd się tu wzięła, były dla niej, co najmniej mało istotne, o ile w ogóle jakieś tam były.

Omiotła pokój wzrokiem. Zaczynając od olbrzymiego regału na półki, przez obraz drzemiących jamników, a kończąc na małym chłopczyku siedzącym na pufie.
A no właśnie... Jeśli już o nim mowa.
Przyglądał się naszej uzdrowicielce z jawnym zainteresowaniem. Na kolanach ściskał czerwonego króliczka, którego tarmosił wytrwale. Dilys nie umiała rozmawiać z dziećmi. Była jedynaczką, a własnych nie miała. Więc trudno się dziwić, że zaczęła w następujący sposób...
- Dzień dobry.
...a później było tylko gorzej.
- Mógłbyś mnie łaskawie poinformować, gdzie jestem?
Chłopczyk zerwał się z krzesła, pozostawiając pluszaka na pastwę losu.
Jakże inteligentna rozmówczyni usłyszała tylko krzyk:
- Mamusiu! Ta pani od fariatuf siem obusila!

Chwilę później do pokoju weszła rozradowana Gloria. Mrugnęła tylko porozumiewawczo. Dilys po dłuższej chwili zastanowienia zrozumiała, że otóż ta zacna kobieta wyciągnęła ją z piekła, jakim był szpital imienia św. Munga. Już miała wyskoczyć z łóżka i odtańczyć jakiś dziki taniec radości, gdy Gloria się odezwała, tłumiąc jej zapał:
- Witaj, kochana. Jajecznica jest na stole, poczęstujesz się?


Jajecznica to umie wszystko popsuć.

komentarze [17]

archiwum, Dilys /// czytam: Alana, Macaria, Ofelia, Ruth, Aisling, Melania, Kostka, Nott, Emilia, Luna, Ravel, Dorcas./// oceny: raz, dwa. /// szablon: Imageshack, DeviantArt, Tab.